.

BLOG ZAWIESZONY DO ODWOŁANIA.

sobota, 8 marca 2014

Rozdział 4 - Serpentino

Percy zdecydowanie nie jest jeszcze gotowy na naszyjnik, ale kiedy wchodzi do mnie do pokoju i zauważa go na mojej szyi, nie mogę dłużej tego ukrywać.
- Co to?
Spoglądam na niego znad książki.
- Naszyjnik.
Percy unosi brwi.
- Od kogo?
Długo zwlekam z odpowiedzią, nie chcę go ranić. Pomyśli, że mama zatroszczyła się o mnie i pozostawiła mi po sobie jakiś ślad, a o nim zapomniała.
- Od mamy.
Percy lekko marszczy czoło i błądzi oczami po podłodze. Obserwuję go uważnie i widzę, że jest przybity, a ta wiadomość całkiem go zmiażdżyła.
- Pójdę już. – głośno przełyka ślinę i wstaje z łóżka.
- Czekaj! – zamykam książkę z głośnym trzaskiem i podbiegam do sterty ubrań. Wygrzebuję dżinsy i przeglądam kieszenie, ale pudełeczka nie ma.
Percy podąża za mną oczyma, próbując zrozumieć. Wtedy do mnie trafia, gdzie jest drugi prezent od mamy. Mijam brata w drzwiach i pędzę do wieszaka, przy drzwiach do mieszkania. Otwieram każdą kieszeń kurtki w poszukiwaniu pudełeczka i nagle na nie natrafiam. Przez chwilę gładzę wyszyty napis na nim, a potem dobiegam do pokoju.
Zatrzaskuję drzwi i biorę naszyjnik do ręki. Nie wygląda na damski, jest bardziej chłopięcy.
Szybkim ruchem zapinam go Percy’emu na szyi.
- Kazała ci go przekazać.
Brat głośno wzdycha i zaczyna gładzić podarunek opuszkami palców. Nie wspominam przy nim o klepsydrze i papierku, który znalazłam w jego pokoju. To zbyt wiele, a ostatnio tak bardzo się do siebie zbliżyliśmy, że boję się zniszczyć tę więź.
- Dobranoc, Lynn. – mówi i wychodzi.

Jestem mało kreatywna. Co więcej, nie mam zainteresowań. Lubię czytać, ale ileż można? Mama zawsze mnie straszyła, że czytając po nocach psuje mi się wzrok, ale teraz już w to nie wierzę. A nawet jeśli to prawda, to i tak niewiele to zmieni.
Z nudów zaczynam robić zaległe zadania. Najpierw historia, bo pan Livingstone nie odpuszcza, a ostatnio lubi się czepiać.
W trzy godziny uwijam się ze wszystkim. Światła w budynku naprzeciwko gasną, więc spoglądam na zegar wiszący na ścianie. Już jedenasta.
Z westchnieniem zamykam podręczniki i biorę szybki prysznic. Przebieram się w cienki różowy podkoszulek na ramiączkach i bawełniane spodnie. Gaszę światła i kładę się do łóżka, ale po dziesięciu minutach stwierdzam, że wcale nie chce mi się spać. W ogóle nie jestem zmęczona, chociaż że dzisiaj tak wiele się wydarzyło. Skoro organizm wcale nie potrzebuje snu – nie będę się sprzeciwiać.
Moje myśli podążają ku Tobiasowi. No i co mam zrobić z Maxem?  Jednego dnia tyle się wydarzyło – Tobias, Max, potem wypadek… Dopiero teraz zaczynam się nad tym głębiej zastanawiać. Dlaczego akurat tego dnia przyczepił się do mnie Tobias? No i Max akurat wtedy zapragnął, abym oprowadziła go po szkole. Wątpię, żeby był to kaprys pani James. Każda inna dziewczyna uznałaby to za zbieg okoliczności – każda, tylko nie ja. Wzbudziłam zainteresowanie płci przeciwnej. Co takiego zrobiłam? A może Jennifer znowu wymyśliła jakąś podłą plotkę o mnie? Może ubzdurała sobie, że się puszczam i teraz każdy chce mnie zaliczyć. Albo wręcz przeciwnie – rozgadała wszystkim, że jestem niedostępna i nikt mnie nie będzie miał. A jeśli to był zakład? O Boże! Chyba nie posunęłaby się tak daleko…?
Parskam i zaczynam śmiać się jak wariatka. Taak, na pewno Jennifer nie ma nic innego do roboty, tylko rozpuszczać jakieś plotki o mnie. Zresztą – co mnie to obchodzi? Niech sobie gada. Już dawno przestałam zwierzać się Ann w damskiej toalecie, więc skoro Jenn nie ma świeżutkich nowinek – wymyśla swoje.
Tak, to prawdopodobne. Kiedy któryś z chłopaków mi się napatoczy, odeślę go z kwitkiem. Nie mam powodu, by umawiać się z Tobiasem, broń Boże – z Maxem! Absurd.
Wzdycham. Zaczynam wymyślać jakieś bzdury. Aby odpędzić od siebie te idiotyczne rozmyślania, zaczynam gładzić naszyjnik. Nie rozstaję się z nim nawet w śnie.
W pewnym momencie natrafiam na jakieś zgrubienie. Ściągam naszyjnik i siadam przy biurku. Włączam lampkę i uważnie przyglądam się zdobyczy. Na ściance ma lekkie zgrubienie. Przyciskam, próbuję przesunąć, ale nie udaje mi się. Zauważam cieniutką i ledwo widoczną linię. Spostrzegam, że wygląda to tak, jakby dwie cienkie monety ktoś złączył klejem. Próbuję przekręcić jedną z połówek i udaje mi się. Słyszę ciche łupnięcie, a chwilę po tym spadam w czarną otchłań.

Moje nagie ramiona dotykają zimnych kafelków, przez co przechodzą mnie ciarki. Zewsząd słychać ciche syczenie. Powoli otwieram oczy i pierwsze co rejestrują moje oczy, to naga żarówka dyndająca przy suficie. Jej słabe światło oświetla podłogę, na której leżę. Powolnymi ruchami wstaję i rozglądam się wokół. Nadal mam na sobie cienką piżamę, więc rozcieram nagie ręce, aby się rozgrzać. Bose stopy powoli przyzwyczajają się do lodowatych kafelków.
Rozglądam się wokół. Wszędzie poustawiane są klatki z mocnymi, mieniącymi się na czerwono prętami. Dopiero po chwili zauważam siedzące w nich postacie. W jednej siedzi odwrócony do mnie tyłem pies. Ma skudloną sierść i niespokojnie macha ogonem. W klatce obok niego siedzi mały… smok? Mój Boże, czy to jest smok?! Jego ciało pokrywają niebieskie łuski, a wielkie żółte ślepia wpatrują się we mnie uporczywie.
Mimowolnie wzdrygam się z niechęcią. Musiałam chyba usnąć przy biurku, zapewne tata niedługo do mnie zajrzy – jak to ma w zwyczaju od wypadku mamy – i wyrwie mnie z tego idiotycznego snu. Zaczynam śmiać się jak wariatka, bo zauważam również niesamowicie bladego człowieka, który zamiast zębów ma kły, węża, który oczy zawiązane ma fioletową przepaską oraz kilka innych stworzeń. Kiedy zauważam małą istotę z czerwoną czapką na głowie – zapewne krasnoludka – wybucham histerycznym śmiechem. Kładę rękę na jednym z mieniących się na czerwono prętów, aby  się podeprzeć i nie upaść, a wtedy słyszę ciężkie kroki. Rozglądam się wokół siebie i zauważam, że wzdłuż ścian stoją klatki. Niektóre są tak małe, że stoją na tych większych, a inne są tak duże, że sięgają aż do potężnego sufitu. 
Nawet nie mam gdzie się schować!, myślę. Zresztą… po co mam się chować? Przecież to sen, tak czy siak nikt mi nic nie zrobi. A nawet jeśli, to obudzę się z krzykiem.
Z końca korytarza, który ciągnie się jeszcze daleko przede mną i za mną, dochodzi szczęk kluczy. Ktoś otwiera duże masywne drzwi i idzie w moją stronę.
Zaciskam pięści i próbuję opanować drżenie ciała. Kiedy z mroku wyłania się blond czupryna i zaskoczone spojrzenie Maxa wybucham jeszcze głośniejszym śmiechem niż poprzednio.
- No nie wierzę! – mówię przez śmiech. – Po prostu nie do wiary!
Maxowi nie jest do śmiechu, bo patrzy na mnie z powagą w oczach.
- Lynn? Wszystko w porządku? Nie zbliżaj się do klatek! – ostrzega mnie.
Moje myśli błądzą wokół Maxa i mamy, ale jednak uświadamiam sobie coś bardzo ważnego.
- Czekaj… Te postacie… one są uwięzione, prawda? Te klatki to dla nich więzienie! – celuję palcem w chłopaka i zaczynam się śmiać.
- Ty coś jarałaś? – pyta mnie z drapieżnym błyskiem w oku. To już nasz taki prywatny żarcik.
- Dlaczego wszędzie pojawiasz się ty? Nawet w moim śnie! – przybliżam się do niego i dźgam go palcem w klatkę piersiową.
- Nie śnisz.
- Oczywiście, że śnię, idioto. Nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, a już szczególnie nie wymyślałabym ciebie. 
- W takim razie, skoro uważasz, że śnisz, to dlaczego wszystko jest takie realne? – Max przechyla głową i patrzy na mnie z rozbawieniem w oczach.
- Bo niektóre sny są bardzo realne. – odpowiadam bez namysłu.
- Sny są zamazane, dzieją się w nich rzeczy niemożliwe, ale przede wszystkim są wytworem naszej wyobraźni… No i nie możemy przenieść czegoś do rzeczywistości. Dlatego masz – wciąga w moją stronę rękę – weź to na dowód tego, że to nie sen. Oddasz mi w szkole.
Niechętnie biorę przedmiot. Obracam go w dłoniach i zauważam, że to jakiś ząb. Marszczę brwi i staram się zatuszować moje obrzydzenie. Mimo tego, Max je zauważa.
- Tak, to ząb. – pochyla się w moją stronę i szepcze mi prosto do ucha: – Wampira.
Patrzę na niego z niedowierzaniem. Znowu robi sobie ze mnie jaja! Jeszcze bardziej wzbudza moją niechęć, a potem się dziwi, że go unikam.
- Dobranoc, Lynn – jego oddech łaskoczący mnie po policzku to ostatnie co czuję, bo ponownie zalewa mnie czerń.

Dźwięk oznaczający “wstawaj, śmierdzący leniu” głośno daje do zrozumienia, że już od kilkunastu minut powinnam krzątać się po kuchni. Mimo to, nadal leżę i ignoruję budzik. W końcu poddaję się i wstaję z łóżka, a szatańskim urządzeniem rzucam o podłogę.
- Dzień dobry, Lynn. – wita mnie ciotka Bridget, kiedy wchodzę do kuchni. Jej obecność nikogo nie dziwi, bywa tutaj coraz częściej i wcześniej.
Odpowiadam westchnieniem.
- Ciociu, często śnią ci się twoi znajomi? – pytam i siadam przy stole. Palcami kreślę niewidzialne zawijasy na ciemnym stole.
Rude włosy przestają podskakiwać. Ciotka znieruchomiała. Odwraca się do mnie i opiera ręce na stole. Zaczyna stukać długim, czerwonym paznokciem w blat.
- Bardzo rzadko cokolwiek mi się śni. – mówi powoli i wyraźnie.
- Dlaczego?
- Bo rzadko sypiam. – mówi i uśmiecha się znacząco.
Od razu łapię o co jej chodzi, więc nie pytam o nic więcej.

Po zjedzonym śniadaniu czuję się zadowolona i lubiana przez życie. Wkraczam do pokoju dziarskim krokiem i dopadam torby. Pakuję do niej potrzebne mi książki oraz kilka długopisów. Kiedy uświadamiam sobie, że wykorzystałam całe moje oszczędności na prezent dla taty – z okazji jutrzejszych urodzin – cały czar pryska i czuję, jakby życie mocno kopnęło mnie w plecy. Dobija mnie fakt, że obiecałam Annabeth dołożyć się do paliwa, bo w końcu na moje potrzeby też trochę leci. Cały czas gdzieś mnie wozi. Co z tego, że często zabieram się z nią przy okazji. Mam się dokładać, i już.
Jednak kiedy mój mózg podsuwa mi pomysł o pracy zaproponowanej przez przyjaciółkę czuję, że dopiero teraz całkiem leżę. Nie mogę odrzucić tej oferty, Ann załatwiła mi pracę – zbędne pieniądze mile widziane – więc grzechem byłoby nie skorzystać. Przedtem nie myślałam o tym na serio, dopiero odczuwalny brak funduszy na cokolwiek popchnął mnie w tę stronę. No i dobrze, kilka dodatkowych groszy nie zaszkodzi, przecież zawsze wyrabiam się z pracą domową, nawet jeśli idę na spotkanie grupy razem z Percy’m albo na zakupy, jako osoba towarzysząca. Tylko że będę musiała zrezygnować z rozrywek. To nic. Nigdy nie byłam specjalnie towarzyska.
Zamglonym wzrokiem wpatruję się w zegarek i dopiero teraz zauważam, że już dawno powinnam wyjść. Miałam spotkać się z Ann przed lekcjami, ale chyba nic z tego nie wyjdzie.
Pospiesznie zarzucam na siebie wczorajsze ubranie, skudłacone włosy wiążę w nisko upięty koński ogon i szybko ścielę łóżko. Mama zawsze tego pilnowała, jestem więc jej wdzięczna, że to już mój codzienny nawyk.
Gładząc kołdrę natrafiam na coś ostrego. Wzdycham w duchu z niecierpliwością.
Pewnie kolejna resztka wieczornej przekąski. Odwijam kołdrę i na początku uważnie przyglądam się znalezisku. Potem biorę je do ręki i zaczynam obracać w palcach. Półtora centymetra, jedna końcówka mocno zaostrzona, cały przedmiot biały.
Dopiero po chwili uświadamiam sobie co to jest i skąd się wzięło w moim łóżku.
To wampirzy ząb.

- Miałyśmy spotkać się przed lekcjami, nie po! Mylą ci się godziny, czy jak? Czy ty w ogóle kiedykolwiek spojrzałaś na zegarek? – narzeka Ann. – To takie urządzenie pokazujące godzinę!
- Przepraszam, no! Rano trochę się zamyśliłam i straciłam poczucie czasu. – wnoszę oczy ku górze. Nie zdążyłam spotkać się z nią rano, więc spotkałam się po lekcjach – co za różnica?! Wiedziałam, że będzie siedzieć w kawiarence „Rogalik Barley’a”. W każdy piątek przychodzi tutaj po lekcjach.
- Jaaaasne. To się nazywa Niekontrolowany Napad Snu. Albo zaspałaś albo zasnęłaś jedząc śniadanie. – wzrusza ramionami przyjaciółka - O mój Boże, głowa wpadła ci do miski? Podobno mleko dobrze działa na cerę. Nie zmoczyłaś sobie włosów? Swoją drogą, kiedy ty ostatnio używałaś szczotki? Posiadasz jeszcze taki magiczny przedmiot?
- Annabeth, naprawdę. Zamyśliłam się. Głowa nie wpadła mi do miski. – zapewniam ją.
- Więc nad czym tak myślałaś, Sokratesie?
- Chyba przyjmę tę pracę, co mi załatwiłaś. – wzdycham.
- No wiadomo! Miałaś zamiar odrzucić tę niezwykle kuszącą ofertę? Dziękuj mi na kolanach, bo musiałam zaświecić cyckami przed Jerrym.
- Słucham?
- Tym razem znowu podziałało – ignoruje mnie - opłacało się ćwiczyć na panu Vito. Teraz mogę wykorzystywać tę umiejętność do podlejszych celów. – uśmiecha się szeroko.
- Annabeth!
- Powinnaś mi całować stopy! Wiesz, ile chętnych było na tę pracę? Tylko dzięki mnie otrzymałaś ją ty. Na tym zadupiu ciężko znaleźć dobrą harówkę.
- Nie mieszkamy na zadupiu.
- Jedź do Londynu i wróć tutaj – przyjaciółka upija łyk kawy z małej filiżanki – To  j e s t  zadupie.
- Zanim ci podziękuję, co to właściwie za praca? – pytam podejrzliwie. Wszędzie musi być jakiś haczyk.
- W knajpce. – odpowiada wymijająco.
- A co dokładnie miałabym robić? Chyba nie tańczyć nago?
- Nie, no co ty. Taką pracę to sama bym wzięła. Będziesz kelnerką – wzrusza ramionami Ann.
- Kelnerką? To wszystko wydaje się zbyt piękne.
- Ale jest prawdziwe. Ja ci to załatwiłam, więc będzie cacy. Musisz tylko tam pójść i obgadać szczegóły. Najlepiej dzisiaj – podkreśla.
- Jasne, pójdę tam potem. Było coś zadane z matmy? – macham sobie długopisem przed nosem i marszczę brwi. Cała strona w moim podręcznym notesiku jest pusta, co znaczy, że nie słuchałam na lekcjach. Nie zapisałam zadania domowego. Będę musiała podzwonić tu i ówdzie.
- Najlepiej gdybyś poszła  t e r a z.
- Dlaczego teraz? – unoszę głowę znad notesika.
- Jerry mówił, że wieczorami jest mnóstwo klientów. W piątki są tłoki, więc nie będzie jak normalnie porozmawiać. Mogę cię podwieźć, pójdę do sklepu kilka metrów dalej. Danny dał ci cynk, że specjalnym klientom sprzedają bluzki z nowej kolekcji  – która ma wejść dopiero za tydzień, rozumiesz, za tydzień! Kurde, szkoda, że nie włożyłam tej niebieskiej bluzki. Ma większy dekolt. Mam nadzieję, że sprzedawca będzie facetem. Myślisz, że...
Przestaję słuchać przyjaciółki, a moje myśli zaczynają krążyć wokół nowej pracy. Wszystko jest takie idealnie podejrzane. Dobra knajpa, dobre zarobki, ale coś musi być nie tak, skoro Ann nie wzięła tej roboty. Da niej liczy się każdy pieniądz. Wszystko wydaje na ciuchy. Może chodzi o jej reputację? Nie chce wyjawić, skąd bierze forsę na nowe nabytki, a może się wstydzi?
- Hej, Ann, skoro ta praca jest taka idealna, czemu ty jej nie wzięłaś? – przerywam nagle.
Uważnie mi się przypatruje, chyba z lekkim zdziwieniem w oczach. Pewnie myślała, że na to nie wpadnę.
- Nie mam czasu. Ani chęci. Jestem leniwa. Wolę zarobić kasę na czarno, nie chcę przeciętnej roboty. Kelnerka? Błagam cię, czy ja wyglądam na kelnerkę? Poza tym niebieski fartuszek źle komponowałby się z moimi włosami, brzydko bym w nim wyglądała…
- A jak nazywa się ta knajpka? – rzucam nagle.
- Co? Eee, a bo ja wiem? Może Ser papierosy? Jakoś tak… a może Ser fajki? – to oczywiste, że wymiguje się z odpowiedzią. I pewnie to jest powodem, dla którego ona nie wzięła tej pracy.
I nagle do mnie dociera.
- Serpentino.

- Dlaczego akurat ta knajpa?! Dlaczego?!
- Oj, przecież możesz założyć perukę i nikt cię nie pozna!
- Serpentino to najgorsza i najniebezpieczniejsza knajpa w naszym mieście. Zabito tam cztery osoby w ciągu roku. Codziennie dochodzi do bójek i gwałtów. A ty chcesz, żebym tam pracowała?! – wybucham. Więc to jest powód, dla którego Ann nie zagarnęła tej roboty dla siebie! Pracują tam tylko dziewczyny nie mające wyboru i napakowane osiłki z wytatuowanymi półnagimi kobietami na bicepsach.
- Ostatnio już się przestali prać po mordach. Jak już, to tylko nocami. A ty pracowałabyś popołudniu i może trochę wieczorem – macha mi łyżeczką deserową przed twarzą.
- Swoją drogą, jak Jerry mi to załatwił? Przecież tam nie pracuje – myślę głośno.
- No tak, ale jego wujek jest tam barmanem. Szukali kelnerki i ją dostali. Seksowną kelnerkę – przeciąga sylaby w ostatnim zdaniu.
- Specjalne bonusy tylko u nas – mówię sarkastycznie – Na pewno była cała lista chętnych na tę pracę! Podła kłamczucha.
- Jakoś musiałam cię zmotywować, leniwy cieciu – odparowuje.
-  Dobra, zbieram się. Pójdę zobaczyć tę niewyobrażalnie bezpieczną knajpkę, w której wcale nie przesiadują same zbiry i bandziory – wstaję i ubieram kurtkę.
Piętnaście minut później niezdecydowana stoję przed zapadłym lokalem w głębi budynku. Wąska i mroczna uliczka między dwoma kamienicami prowadzi do otwartych drzwi knajpki. Z daleka widzę duży szyld z napisem „Serpentino”, który migocze na niebiesko i zielono, choć na dworze nadal jasno. Budynek, w którym mieści się lokal, zbudowany jest z czerwonej cegły. W wielu miejscach wszystko się kruszy i odpada, ale nikt tego nie naprawia. Nadaje to charakteru niebezpiecznej dzielnicy, a właściciele lokalu właśnie taką chcą uczynić tę ulicę. Jakby to było coś fajnego, brr.
Zaciskam pięści i szczelniej opatulam się kurtką. Wchodzę w ciemną uliczkę i popycham szklane drzwi w metalowej oprawie.
Od razu uderza we mnie podmuch dusznego powietrza przepełnionego dymem papierosowym i odorem alkoholu. Chyba nie wytrzymam tutaj długo.
Pomieszczenie zapełnione jest stolikami i czarnymi krzesłami. W rogu stoi podniszczona kanapa, na której siedzi dwóch palaczy i zawzięcie o czymś dyskutuje. Po mojej prawej znudzony barman stoi za ladą i poleruje kieliszki na wódkę. Ściany przyozdabiają stare fotografie gangu motocyklistów, wiatrak głośno daje o sobie znać. Na samym końcu sali widzę stół bilardowy, o który niedbale opiera się starszy mężczyzna i sączy piwo z butelki.
Podchodzę do baru i kładę ręce na ladę.
- Dzień dobry, ja w sprawie…
- Lorcana nie ma. I nie będzie – przerywa mi napakowany, łysy facet z wielkimi bicepsami. Typowo, ma na nich wytatuowane róże i półnagie kobiety. Małe, szkarłatne oczy przesuwają się po mnie powoli, aż w końcu docierają do twarzy. Mężczyzna wlepia we mnie swoje ślepia i zaczyna polerować duży kufel.
- Ja… ja chyba nie do… Lorcana. Ja w sprawie pracy. – wyjaśniam szybko.
- Pracy? A co miałabyś tu robić, cukiereczku? Striptizerki są już w komplecie.
Striptizerki?
- Co? Nie, ja...
- Och, czy ty jesteś Lynn? – przerywa mi ciepły głos dobiegający zza mnie. Odwracam się i moim oczom ukazuje się wysoki mężczyzna w czarnym garniturze. Włosy niedbale zaczesał do tyłu. Jego ciemne oczy wpatrują się we mnie uporczywie.
- Tak, ja jestem Lynn. Macie tu striptizerki? To miała być zwykła…
- Och, tak. Mamy tu szeroki wybór rozrywek. Bilard, karty. Można też pooglądać interesujące kobiety… Ty chyba jednak nie nadajesz się na rozrywkę… - palcem wskazuje na mnie.
- Miałam tutaj pracować jako kelnerka – marszczę czoło.
- Owszem. I będziesz pracować – łapie mnie pod rękę – Chodź, oprowadzę cię po moich skromnych progach.

- Nazywam się Sedric Malone i prowadzę tę knajpkę. Pewnie zastanawiasz się kim jest Lorcan? To właściciel Serpentino. Rzadko tutaj bywa, a mimo to zlatuje się tu pełno ludzi o niego pytających – uśmiecha się zalotnie.
- Ty… to znaczy, Pan… jest prowadzącym klubu, a Lorcan właścicielem? – próbuję zrozumieć.
- To jego lokal, ale ponieważ ma ważniejsze rzeczy na głowie, ja tutaj dowodzę. Mam nadzieję, że Carney cię nie przestraszył? Wygląda groźnie, aby odstraszać natrętne muchy – wykonuje gest ręką, jakby odpędzał komara. Chwila, skoro wujek Jerry’ego pracuje tu jako barman, to znaczy, że… Carney jest jego wujkiem?
- Właściwie, to od kiedy mogłabym zacząć?
- Jeśli chcesz, możesz nawet teraz. Pracowałaś kiedyś jako kelnerka?
Przecząco kręcę głową.
- To nic. Szybko się nauczysz. Vanessa ci pomoże – uśmiecha się.- Mów do niej Shellow, nie lubi swojego imienia. Jest bardzo wredna i oschła, ale pomocna – dopowiada szeptem i popycha mnie ku drzwiom z napisem „DLA PERSONELU”.

Na początku nie widzę nic, dopiero potem moje oczy przyzwyczajają się do blasku lamp i świec. Idąc przez korytarze moje oczy widziały tylko ciemność. Nie było tam żadnych lamp, więc szłam po omacku. A tutaj nagle dostaję po oczach.
- Ty jesteś ta Lassie? – jakaś dziewczyna brodą wskazuje na mnie. Ma na sobie luźny, krótki podkoszulek, który odsłania jej wszystko i właściwie mogłaby go w ogóle nie mieć. Jej ręce przyozdabiają tatuaże i skórzane bransoletki. Ma czerwone włosy przystrzyżone na pazia, a w nie wplecione różne czarne wstążki i spinki z czaszkami. W dłoni trzyma lizaka, którym cały czas wymachuje.
- Lynn – poprawiam ją.
- Jasne, Lassie – celowo przedłuża sylaby imienia. Jej zielone oczy przelatują mnie na wylot, czuję, jakby znała już wszystkie moje sekrety. Przerażają mnie te jej kolczyki, w nosie, nad brwią i w uszach. Ma je dosłownie wszędzie. - Jesteś tu świeżym mięskiem, ale nie licz, że ktoś będzie się nad tobą litował – pociera powiekę i rozmazuje sobie mocny, niebieski cień. Klnie pod nosem, zauważając swoją gafę.
- Jasne, Vanesso. – odgryzam się. Dziewczyna unosi głowę i syczy:
- Coś ty powiedziała?
- Ale o co ci chodzi, Vanesso?
Dwoma wielkimi susami dopada mnie i przyciska do ściany.
- Słuchaj, mała. To, że jesteś tutaj nowa, nie znaczy, że będziesz traktowana specjalnie. Masz pracować. A podpadając mi, nie popracujesz tutaj długo. Zamienię twoje życie w piekło – warczy mi do ucha. Jej oddech cuchnący piwem i balonową gumą do żucia, łaskocze mnie po policzku.
- Dobra, rozumiem.
- I nigdy nie mów do mnie Vanesso. Jestem Shellow. A teraz idź się przebrać. – puszcza mnie i podchodzi do obdrapanego fotela. Bierze z niego jakąś małą szmatkę i rzuca we mnie. Unosi brwi i wychodzi z pomieszczenia. Kładę torbę na podłodze i uważnie oglądam pokój. Jest niewielkich rozmiarów, znajduje się tu duża kanapa stojąca pod ścianą i fotel. Oba mocno zniszczone. W kącie stoi stolik, na którym leżą różne papiery i puste butelki po piwie. Na ścianie, obok drzwi, wisi duże lustro.
Z niechęcią ściągam z siebie ubranie, jakbym nie mogła pracować w moich ciuchach. Wkładam moje robocze wdzianko i z przerażeniem stwierdzam, że jest bardzo skąpe. Niebieska spódniczka sięga uda i ledwo zasłania majtki. Natomiast bluzeczka odsłania cały brzuch, nie wspomnę o dekolcie. Ujmując w jedno zdanie: cała moja bielizna jest na wierzchu.
Jak ja mam w tym pracować?!
Wypadam z pokoju dla personelu i widzę Vanessę opierającą się o ścianę.
 - Co to ma być?! – wybucham.
- Twoje ubranie robocze. Niestety nie mamy większego rozmiaru, twoja poprzedniczka była o połowę niższa – mówi z udawanym smutkiem. – A teraz wypad na salę, goście zaczynają się schodzić. Nie ma wielkiego wyboru, zazwyczaj biorą frytki, hamburgera i piwo. A jeśli ktoś będzie bardzo wymagający, zapisz sobie w notesie. – klepie się po biodrze. Sięgam do kieszonki i wyjmuję mały notesik oprawiony w niebieski papier. Przyczepiony jest do niego również mały ołówek.
- Jak mam w tym pracować? – spoglądam na moje „ubranie robocze”.
- Normalnie. Odsłoń coś przed klientem, to da duży napiwek.
- A ty?
- Ja? Ja jestem barmanką, słoneczko. A teraz idź, dzisiaj pracujesz z Hazel.

Przechadzam się pomiędzy stolikami i próbuję naciągnąć skąpą spódniczkę i bluzkę. Niestety, nic z tego. Wielu zboczonych gości uważnie mi się przygląda i mam wrażenie, jakby w ich głowach już układał się plan porwania, albo co gorzej, gwałtu.
Hazel okazuje się sympatyczną dwudziestoparolatką, z rudymi włosami. Jest ode mnie o wiele niższa, więc obiecuje zamienić się „mundurkami”. Zgrałyśmy się i nawet może zaprzyjaźniłyśmy, więc mam nadzieję, że będę z nią zawsze pracować.
Robota mija mi szybko, paru napalonych facetów próbuje się do mnie dobierać, ale osiłkowaty ochroniarz Bill od razu upomina ich grzecznie, że striptizerki udostępniają dopiero po jedenastej, a ja na szczęście kończę pracę o dziewiątej. Dzisiaj akurat wcześniej, by obgadać z Sedricem parę rzeczy.
Pracuję w każdy wtorek, piątek i sobotę. Okay. Od piątej do dziewiątej. Okay. Co do zarobków – zależy ile będzie klientów. Nie okay. Kiedy dostaję napiwek, biorę go dla siebie. Okay. Będę pracować na zmianę z Hazel i Dorotheą. A może tylko z Hazel? No dobra, tylko z Hazel. Okay.
Po rozmowie z Sedricem jestem wykończona. Wszystkim.
W sumie zebrałam dzisiaj ponad dwadzieścia dolców napiwków. To pewnie dlatego, że nic nie odsłaniałam, jak radziła mi Vanessa.
Wychodzę z biura i niezauważona wchodzę do pokoju dla personelu. Nikogo tam nie ma, więc szybko narzucam na siebie moje ubrania, a mundurek chowam w małej szafce. Zdzieram nalepkę z imieniem „Flea” i naklejam nową – „Lynn”. Szafkę zamykam kluczykiem i wkładam go do kieszeni.
Wychodzę z pomieszczenia i próbuję przedostać się do drzwi wyjściowych. Jestem już przy barze, kiedy znajoma twarz miga mi przed oczami. Momentalnie się zatrzymuję i rozglądam wokół. Nieruchomieję. Odwracam się w stronę baru i widzę siedzącego na stołku… Tobiasa.

-------------

Witam!
Tak dawno mnie tutaj nie było, ale dzisiaj wrzucam wam nowy rozdział, świeżutki, przed chwilą skończyłam pisać. Ponownie nie mogę powiedzieć, kiedy będzie kolejny rozdział, wybaczcie :c
I dziękuję za prawie 900 wyświetleń! Mam nadzieję, że pod postami zacznie pojawiać się więcej komentarzy.
Miłego wieczoru,
Primrose.