.

BLOG ZAWIESZONY DO ODWOŁANIA.

sobota, 8 marca 2014

Rozdział 4 - Serpentino

Percy zdecydowanie nie jest jeszcze gotowy na naszyjnik, ale kiedy wchodzi do mnie do pokoju i zauważa go na mojej szyi, nie mogę dłużej tego ukrywać.
- Co to?
Spoglądam na niego znad książki.
- Naszyjnik.
Percy unosi brwi.
- Od kogo?
Długo zwlekam z odpowiedzią, nie chcę go ranić. Pomyśli, że mama zatroszczyła się o mnie i pozostawiła mi po sobie jakiś ślad, a o nim zapomniała.
- Od mamy.
Percy lekko marszczy czoło i błądzi oczami po podłodze. Obserwuję go uważnie i widzę, że jest przybity, a ta wiadomość całkiem go zmiażdżyła.
- Pójdę już. – głośno przełyka ślinę i wstaje z łóżka.
- Czekaj! – zamykam książkę z głośnym trzaskiem i podbiegam do sterty ubrań. Wygrzebuję dżinsy i przeglądam kieszenie, ale pudełeczka nie ma.
Percy podąża za mną oczyma, próbując zrozumieć. Wtedy do mnie trafia, gdzie jest drugi prezent od mamy. Mijam brata w drzwiach i pędzę do wieszaka, przy drzwiach do mieszkania. Otwieram każdą kieszeń kurtki w poszukiwaniu pudełeczka i nagle na nie natrafiam. Przez chwilę gładzę wyszyty napis na nim, a potem dobiegam do pokoju.
Zatrzaskuję drzwi i biorę naszyjnik do ręki. Nie wygląda na damski, jest bardziej chłopięcy.
Szybkim ruchem zapinam go Percy’emu na szyi.
- Kazała ci go przekazać.
Brat głośno wzdycha i zaczyna gładzić podarunek opuszkami palców. Nie wspominam przy nim o klepsydrze i papierku, który znalazłam w jego pokoju. To zbyt wiele, a ostatnio tak bardzo się do siebie zbliżyliśmy, że boję się zniszczyć tę więź.
- Dobranoc, Lynn. – mówi i wychodzi.

Jestem mało kreatywna. Co więcej, nie mam zainteresowań. Lubię czytać, ale ileż można? Mama zawsze mnie straszyła, że czytając po nocach psuje mi się wzrok, ale teraz już w to nie wierzę. A nawet jeśli to prawda, to i tak niewiele to zmieni.
Z nudów zaczynam robić zaległe zadania. Najpierw historia, bo pan Livingstone nie odpuszcza, a ostatnio lubi się czepiać.
W trzy godziny uwijam się ze wszystkim. Światła w budynku naprzeciwko gasną, więc spoglądam na zegar wiszący na ścianie. Już jedenasta.
Z westchnieniem zamykam podręczniki i biorę szybki prysznic. Przebieram się w cienki różowy podkoszulek na ramiączkach i bawełniane spodnie. Gaszę światła i kładę się do łóżka, ale po dziesięciu minutach stwierdzam, że wcale nie chce mi się spać. W ogóle nie jestem zmęczona, chociaż że dzisiaj tak wiele się wydarzyło. Skoro organizm wcale nie potrzebuje snu – nie będę się sprzeciwiać.
Moje myśli podążają ku Tobiasowi. No i co mam zrobić z Maxem?  Jednego dnia tyle się wydarzyło – Tobias, Max, potem wypadek… Dopiero teraz zaczynam się nad tym głębiej zastanawiać. Dlaczego akurat tego dnia przyczepił się do mnie Tobias? No i Max akurat wtedy zapragnął, abym oprowadziła go po szkole. Wątpię, żeby był to kaprys pani James. Każda inna dziewczyna uznałaby to za zbieg okoliczności – każda, tylko nie ja. Wzbudziłam zainteresowanie płci przeciwnej. Co takiego zrobiłam? A może Jennifer znowu wymyśliła jakąś podłą plotkę o mnie? Może ubzdurała sobie, że się puszczam i teraz każdy chce mnie zaliczyć. Albo wręcz przeciwnie – rozgadała wszystkim, że jestem niedostępna i nikt mnie nie będzie miał. A jeśli to był zakład? O Boże! Chyba nie posunęłaby się tak daleko…?
Parskam i zaczynam śmiać się jak wariatka. Taak, na pewno Jennifer nie ma nic innego do roboty, tylko rozpuszczać jakieś plotki o mnie. Zresztą – co mnie to obchodzi? Niech sobie gada. Już dawno przestałam zwierzać się Ann w damskiej toalecie, więc skoro Jenn nie ma świeżutkich nowinek – wymyśla swoje.
Tak, to prawdopodobne. Kiedy któryś z chłopaków mi się napatoczy, odeślę go z kwitkiem. Nie mam powodu, by umawiać się z Tobiasem, broń Boże – z Maxem! Absurd.
Wzdycham. Zaczynam wymyślać jakieś bzdury. Aby odpędzić od siebie te idiotyczne rozmyślania, zaczynam gładzić naszyjnik. Nie rozstaję się z nim nawet w śnie.
W pewnym momencie natrafiam na jakieś zgrubienie. Ściągam naszyjnik i siadam przy biurku. Włączam lampkę i uważnie przyglądam się zdobyczy. Na ściance ma lekkie zgrubienie. Przyciskam, próbuję przesunąć, ale nie udaje mi się. Zauważam cieniutką i ledwo widoczną linię. Spostrzegam, że wygląda to tak, jakby dwie cienkie monety ktoś złączył klejem. Próbuję przekręcić jedną z połówek i udaje mi się. Słyszę ciche łupnięcie, a chwilę po tym spadam w czarną otchłań.

Moje nagie ramiona dotykają zimnych kafelków, przez co przechodzą mnie ciarki. Zewsząd słychać ciche syczenie. Powoli otwieram oczy i pierwsze co rejestrują moje oczy, to naga żarówka dyndająca przy suficie. Jej słabe światło oświetla podłogę, na której leżę. Powolnymi ruchami wstaję i rozglądam się wokół. Nadal mam na sobie cienką piżamę, więc rozcieram nagie ręce, aby się rozgrzać. Bose stopy powoli przyzwyczajają się do lodowatych kafelków.
Rozglądam się wokół. Wszędzie poustawiane są klatki z mocnymi, mieniącymi się na czerwono prętami. Dopiero po chwili zauważam siedzące w nich postacie. W jednej siedzi odwrócony do mnie tyłem pies. Ma skudloną sierść i niespokojnie macha ogonem. W klatce obok niego siedzi mały… smok? Mój Boże, czy to jest smok?! Jego ciało pokrywają niebieskie łuski, a wielkie żółte ślepia wpatrują się we mnie uporczywie.
Mimowolnie wzdrygam się z niechęcią. Musiałam chyba usnąć przy biurku, zapewne tata niedługo do mnie zajrzy – jak to ma w zwyczaju od wypadku mamy – i wyrwie mnie z tego idiotycznego snu. Zaczynam śmiać się jak wariatka, bo zauważam również niesamowicie bladego człowieka, który zamiast zębów ma kły, węża, który oczy zawiązane ma fioletową przepaską oraz kilka innych stworzeń. Kiedy zauważam małą istotę z czerwoną czapką na głowie – zapewne krasnoludka – wybucham histerycznym śmiechem. Kładę rękę na jednym z mieniących się na czerwono prętów, aby  się podeprzeć i nie upaść, a wtedy słyszę ciężkie kroki. Rozglądam się wokół siebie i zauważam, że wzdłuż ścian stoją klatki. Niektóre są tak małe, że stoją na tych większych, a inne są tak duże, że sięgają aż do potężnego sufitu. 
Nawet nie mam gdzie się schować!, myślę. Zresztą… po co mam się chować? Przecież to sen, tak czy siak nikt mi nic nie zrobi. A nawet jeśli, to obudzę się z krzykiem.
Z końca korytarza, który ciągnie się jeszcze daleko przede mną i za mną, dochodzi szczęk kluczy. Ktoś otwiera duże masywne drzwi i idzie w moją stronę.
Zaciskam pięści i próbuję opanować drżenie ciała. Kiedy z mroku wyłania się blond czupryna i zaskoczone spojrzenie Maxa wybucham jeszcze głośniejszym śmiechem niż poprzednio.
- No nie wierzę! – mówię przez śmiech. – Po prostu nie do wiary!
Maxowi nie jest do śmiechu, bo patrzy na mnie z powagą w oczach.
- Lynn? Wszystko w porządku? Nie zbliżaj się do klatek! – ostrzega mnie.
Moje myśli błądzą wokół Maxa i mamy, ale jednak uświadamiam sobie coś bardzo ważnego.
- Czekaj… Te postacie… one są uwięzione, prawda? Te klatki to dla nich więzienie! – celuję palcem w chłopaka i zaczynam się śmiać.
- Ty coś jarałaś? – pyta mnie z drapieżnym błyskiem w oku. To już nasz taki prywatny żarcik.
- Dlaczego wszędzie pojawiasz się ty? Nawet w moim śnie! – przybliżam się do niego i dźgam go palcem w klatkę piersiową.
- Nie śnisz.
- Oczywiście, że śnię, idioto. Nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, a już szczególnie nie wymyślałabym ciebie. 
- W takim razie, skoro uważasz, że śnisz, to dlaczego wszystko jest takie realne? – Max przechyla głową i patrzy na mnie z rozbawieniem w oczach.
- Bo niektóre sny są bardzo realne. – odpowiadam bez namysłu.
- Sny są zamazane, dzieją się w nich rzeczy niemożliwe, ale przede wszystkim są wytworem naszej wyobraźni… No i nie możemy przenieść czegoś do rzeczywistości. Dlatego masz – wciąga w moją stronę rękę – weź to na dowód tego, że to nie sen. Oddasz mi w szkole.
Niechętnie biorę przedmiot. Obracam go w dłoniach i zauważam, że to jakiś ząb. Marszczę brwi i staram się zatuszować moje obrzydzenie. Mimo tego, Max je zauważa.
- Tak, to ząb. – pochyla się w moją stronę i szepcze mi prosto do ucha: – Wampira.
Patrzę na niego z niedowierzaniem. Znowu robi sobie ze mnie jaja! Jeszcze bardziej wzbudza moją niechęć, a potem się dziwi, że go unikam.
- Dobranoc, Lynn – jego oddech łaskoczący mnie po policzku to ostatnie co czuję, bo ponownie zalewa mnie czerń.

Dźwięk oznaczający “wstawaj, śmierdzący leniu” głośno daje do zrozumienia, że już od kilkunastu minut powinnam krzątać się po kuchni. Mimo to, nadal leżę i ignoruję budzik. W końcu poddaję się i wstaję z łóżka, a szatańskim urządzeniem rzucam o podłogę.
- Dzień dobry, Lynn. – wita mnie ciotka Bridget, kiedy wchodzę do kuchni. Jej obecność nikogo nie dziwi, bywa tutaj coraz częściej i wcześniej.
Odpowiadam westchnieniem.
- Ciociu, często śnią ci się twoi znajomi? – pytam i siadam przy stole. Palcami kreślę niewidzialne zawijasy na ciemnym stole.
Rude włosy przestają podskakiwać. Ciotka znieruchomiała. Odwraca się do mnie i opiera ręce na stole. Zaczyna stukać długim, czerwonym paznokciem w blat.
- Bardzo rzadko cokolwiek mi się śni. – mówi powoli i wyraźnie.
- Dlaczego?
- Bo rzadko sypiam. – mówi i uśmiecha się znacząco.
Od razu łapię o co jej chodzi, więc nie pytam o nic więcej.

Po zjedzonym śniadaniu czuję się zadowolona i lubiana przez życie. Wkraczam do pokoju dziarskim krokiem i dopadam torby. Pakuję do niej potrzebne mi książki oraz kilka długopisów. Kiedy uświadamiam sobie, że wykorzystałam całe moje oszczędności na prezent dla taty – z okazji jutrzejszych urodzin – cały czar pryska i czuję, jakby życie mocno kopnęło mnie w plecy. Dobija mnie fakt, że obiecałam Annabeth dołożyć się do paliwa, bo w końcu na moje potrzeby też trochę leci. Cały czas gdzieś mnie wozi. Co z tego, że często zabieram się z nią przy okazji. Mam się dokładać, i już.
Jednak kiedy mój mózg podsuwa mi pomysł o pracy zaproponowanej przez przyjaciółkę czuję, że dopiero teraz całkiem leżę. Nie mogę odrzucić tej oferty, Ann załatwiła mi pracę – zbędne pieniądze mile widziane – więc grzechem byłoby nie skorzystać. Przedtem nie myślałam o tym na serio, dopiero odczuwalny brak funduszy na cokolwiek popchnął mnie w tę stronę. No i dobrze, kilka dodatkowych groszy nie zaszkodzi, przecież zawsze wyrabiam się z pracą domową, nawet jeśli idę na spotkanie grupy razem z Percy’m albo na zakupy, jako osoba towarzysząca. Tylko że będę musiała zrezygnować z rozrywek. To nic. Nigdy nie byłam specjalnie towarzyska.
Zamglonym wzrokiem wpatruję się w zegarek i dopiero teraz zauważam, że już dawno powinnam wyjść. Miałam spotkać się z Ann przed lekcjami, ale chyba nic z tego nie wyjdzie.
Pospiesznie zarzucam na siebie wczorajsze ubranie, skudłacone włosy wiążę w nisko upięty koński ogon i szybko ścielę łóżko. Mama zawsze tego pilnowała, jestem więc jej wdzięczna, że to już mój codzienny nawyk.
Gładząc kołdrę natrafiam na coś ostrego. Wzdycham w duchu z niecierpliwością.
Pewnie kolejna resztka wieczornej przekąski. Odwijam kołdrę i na początku uważnie przyglądam się znalezisku. Potem biorę je do ręki i zaczynam obracać w palcach. Półtora centymetra, jedna końcówka mocno zaostrzona, cały przedmiot biały.
Dopiero po chwili uświadamiam sobie co to jest i skąd się wzięło w moim łóżku.
To wampirzy ząb.

- Miałyśmy spotkać się przed lekcjami, nie po! Mylą ci się godziny, czy jak? Czy ty w ogóle kiedykolwiek spojrzałaś na zegarek? – narzeka Ann. – To takie urządzenie pokazujące godzinę!
- Przepraszam, no! Rano trochę się zamyśliłam i straciłam poczucie czasu. – wnoszę oczy ku górze. Nie zdążyłam spotkać się z nią rano, więc spotkałam się po lekcjach – co za różnica?! Wiedziałam, że będzie siedzieć w kawiarence „Rogalik Barley’a”. W każdy piątek przychodzi tutaj po lekcjach.
- Jaaaasne. To się nazywa Niekontrolowany Napad Snu. Albo zaspałaś albo zasnęłaś jedząc śniadanie. – wzrusza ramionami przyjaciółka - O mój Boże, głowa wpadła ci do miski? Podobno mleko dobrze działa na cerę. Nie zmoczyłaś sobie włosów? Swoją drogą, kiedy ty ostatnio używałaś szczotki? Posiadasz jeszcze taki magiczny przedmiot?
- Annabeth, naprawdę. Zamyśliłam się. Głowa nie wpadła mi do miski. – zapewniam ją.
- Więc nad czym tak myślałaś, Sokratesie?
- Chyba przyjmę tę pracę, co mi załatwiłaś. – wzdycham.
- No wiadomo! Miałaś zamiar odrzucić tę niezwykle kuszącą ofertę? Dziękuj mi na kolanach, bo musiałam zaświecić cyckami przed Jerrym.
- Słucham?
- Tym razem znowu podziałało – ignoruje mnie - opłacało się ćwiczyć na panu Vito. Teraz mogę wykorzystywać tę umiejętność do podlejszych celów. – uśmiecha się szeroko.
- Annabeth!
- Powinnaś mi całować stopy! Wiesz, ile chętnych było na tę pracę? Tylko dzięki mnie otrzymałaś ją ty. Na tym zadupiu ciężko znaleźć dobrą harówkę.
- Nie mieszkamy na zadupiu.
- Jedź do Londynu i wróć tutaj – przyjaciółka upija łyk kawy z małej filiżanki – To  j e s t  zadupie.
- Zanim ci podziękuję, co to właściwie za praca? – pytam podejrzliwie. Wszędzie musi być jakiś haczyk.
- W knajpce. – odpowiada wymijająco.
- A co dokładnie miałabym robić? Chyba nie tańczyć nago?
- Nie, no co ty. Taką pracę to sama bym wzięła. Będziesz kelnerką – wzrusza ramionami Ann.
- Kelnerką? To wszystko wydaje się zbyt piękne.
- Ale jest prawdziwe. Ja ci to załatwiłam, więc będzie cacy. Musisz tylko tam pójść i obgadać szczegóły. Najlepiej dzisiaj – podkreśla.
- Jasne, pójdę tam potem. Było coś zadane z matmy? – macham sobie długopisem przed nosem i marszczę brwi. Cała strona w moim podręcznym notesiku jest pusta, co znaczy, że nie słuchałam na lekcjach. Nie zapisałam zadania domowego. Będę musiała podzwonić tu i ówdzie.
- Najlepiej gdybyś poszła  t e r a z.
- Dlaczego teraz? – unoszę głowę znad notesika.
- Jerry mówił, że wieczorami jest mnóstwo klientów. W piątki są tłoki, więc nie będzie jak normalnie porozmawiać. Mogę cię podwieźć, pójdę do sklepu kilka metrów dalej. Danny dał ci cynk, że specjalnym klientom sprzedają bluzki z nowej kolekcji  – która ma wejść dopiero za tydzień, rozumiesz, za tydzień! Kurde, szkoda, że nie włożyłam tej niebieskiej bluzki. Ma większy dekolt. Mam nadzieję, że sprzedawca będzie facetem. Myślisz, że...
Przestaję słuchać przyjaciółki, a moje myśli zaczynają krążyć wokół nowej pracy. Wszystko jest takie idealnie podejrzane. Dobra knajpa, dobre zarobki, ale coś musi być nie tak, skoro Ann nie wzięła tej roboty. Da niej liczy się każdy pieniądz. Wszystko wydaje na ciuchy. Może chodzi o jej reputację? Nie chce wyjawić, skąd bierze forsę na nowe nabytki, a może się wstydzi?
- Hej, Ann, skoro ta praca jest taka idealna, czemu ty jej nie wzięłaś? – przerywam nagle.
Uważnie mi się przypatruje, chyba z lekkim zdziwieniem w oczach. Pewnie myślała, że na to nie wpadnę.
- Nie mam czasu. Ani chęci. Jestem leniwa. Wolę zarobić kasę na czarno, nie chcę przeciętnej roboty. Kelnerka? Błagam cię, czy ja wyglądam na kelnerkę? Poza tym niebieski fartuszek źle komponowałby się z moimi włosami, brzydko bym w nim wyglądała…
- A jak nazywa się ta knajpka? – rzucam nagle.
- Co? Eee, a bo ja wiem? Może Ser papierosy? Jakoś tak… a może Ser fajki? – to oczywiste, że wymiguje się z odpowiedzią. I pewnie to jest powodem, dla którego ona nie wzięła tej pracy.
I nagle do mnie dociera.
- Serpentino.

- Dlaczego akurat ta knajpa?! Dlaczego?!
- Oj, przecież możesz założyć perukę i nikt cię nie pozna!
- Serpentino to najgorsza i najniebezpieczniejsza knajpa w naszym mieście. Zabito tam cztery osoby w ciągu roku. Codziennie dochodzi do bójek i gwałtów. A ty chcesz, żebym tam pracowała?! – wybucham. Więc to jest powód, dla którego Ann nie zagarnęła tej roboty dla siebie! Pracują tam tylko dziewczyny nie mające wyboru i napakowane osiłki z wytatuowanymi półnagimi kobietami na bicepsach.
- Ostatnio już się przestali prać po mordach. Jak już, to tylko nocami. A ty pracowałabyś popołudniu i może trochę wieczorem – macha mi łyżeczką deserową przed twarzą.
- Swoją drogą, jak Jerry mi to załatwił? Przecież tam nie pracuje – myślę głośno.
- No tak, ale jego wujek jest tam barmanem. Szukali kelnerki i ją dostali. Seksowną kelnerkę – przeciąga sylaby w ostatnim zdaniu.
- Specjalne bonusy tylko u nas – mówię sarkastycznie – Na pewno była cała lista chętnych na tę pracę! Podła kłamczucha.
- Jakoś musiałam cię zmotywować, leniwy cieciu – odparowuje.
-  Dobra, zbieram się. Pójdę zobaczyć tę niewyobrażalnie bezpieczną knajpkę, w której wcale nie przesiadują same zbiry i bandziory – wstaję i ubieram kurtkę.
Piętnaście minut później niezdecydowana stoję przed zapadłym lokalem w głębi budynku. Wąska i mroczna uliczka między dwoma kamienicami prowadzi do otwartych drzwi knajpki. Z daleka widzę duży szyld z napisem „Serpentino”, który migocze na niebiesko i zielono, choć na dworze nadal jasno. Budynek, w którym mieści się lokal, zbudowany jest z czerwonej cegły. W wielu miejscach wszystko się kruszy i odpada, ale nikt tego nie naprawia. Nadaje to charakteru niebezpiecznej dzielnicy, a właściciele lokalu właśnie taką chcą uczynić tę ulicę. Jakby to było coś fajnego, brr.
Zaciskam pięści i szczelniej opatulam się kurtką. Wchodzę w ciemną uliczkę i popycham szklane drzwi w metalowej oprawie.
Od razu uderza we mnie podmuch dusznego powietrza przepełnionego dymem papierosowym i odorem alkoholu. Chyba nie wytrzymam tutaj długo.
Pomieszczenie zapełnione jest stolikami i czarnymi krzesłami. W rogu stoi podniszczona kanapa, na której siedzi dwóch palaczy i zawzięcie o czymś dyskutuje. Po mojej prawej znudzony barman stoi za ladą i poleruje kieliszki na wódkę. Ściany przyozdabiają stare fotografie gangu motocyklistów, wiatrak głośno daje o sobie znać. Na samym końcu sali widzę stół bilardowy, o który niedbale opiera się starszy mężczyzna i sączy piwo z butelki.
Podchodzę do baru i kładę ręce na ladę.
- Dzień dobry, ja w sprawie…
- Lorcana nie ma. I nie będzie – przerywa mi napakowany, łysy facet z wielkimi bicepsami. Typowo, ma na nich wytatuowane róże i półnagie kobiety. Małe, szkarłatne oczy przesuwają się po mnie powoli, aż w końcu docierają do twarzy. Mężczyzna wlepia we mnie swoje ślepia i zaczyna polerować duży kufel.
- Ja… ja chyba nie do… Lorcana. Ja w sprawie pracy. – wyjaśniam szybko.
- Pracy? A co miałabyś tu robić, cukiereczku? Striptizerki są już w komplecie.
Striptizerki?
- Co? Nie, ja...
- Och, czy ty jesteś Lynn? – przerywa mi ciepły głos dobiegający zza mnie. Odwracam się i moim oczom ukazuje się wysoki mężczyzna w czarnym garniturze. Włosy niedbale zaczesał do tyłu. Jego ciemne oczy wpatrują się we mnie uporczywie.
- Tak, ja jestem Lynn. Macie tu striptizerki? To miała być zwykła…
- Och, tak. Mamy tu szeroki wybór rozrywek. Bilard, karty. Można też pooglądać interesujące kobiety… Ty chyba jednak nie nadajesz się na rozrywkę… - palcem wskazuje na mnie.
- Miałam tutaj pracować jako kelnerka – marszczę czoło.
- Owszem. I będziesz pracować – łapie mnie pod rękę – Chodź, oprowadzę cię po moich skromnych progach.

- Nazywam się Sedric Malone i prowadzę tę knajpkę. Pewnie zastanawiasz się kim jest Lorcan? To właściciel Serpentino. Rzadko tutaj bywa, a mimo to zlatuje się tu pełno ludzi o niego pytających – uśmiecha się zalotnie.
- Ty… to znaczy, Pan… jest prowadzącym klubu, a Lorcan właścicielem? – próbuję zrozumieć.
- To jego lokal, ale ponieważ ma ważniejsze rzeczy na głowie, ja tutaj dowodzę. Mam nadzieję, że Carney cię nie przestraszył? Wygląda groźnie, aby odstraszać natrętne muchy – wykonuje gest ręką, jakby odpędzał komara. Chwila, skoro wujek Jerry’ego pracuje tu jako barman, to znaczy, że… Carney jest jego wujkiem?
- Właściwie, to od kiedy mogłabym zacząć?
- Jeśli chcesz, możesz nawet teraz. Pracowałaś kiedyś jako kelnerka?
Przecząco kręcę głową.
- To nic. Szybko się nauczysz. Vanessa ci pomoże – uśmiecha się.- Mów do niej Shellow, nie lubi swojego imienia. Jest bardzo wredna i oschła, ale pomocna – dopowiada szeptem i popycha mnie ku drzwiom z napisem „DLA PERSONELU”.

Na początku nie widzę nic, dopiero potem moje oczy przyzwyczajają się do blasku lamp i świec. Idąc przez korytarze moje oczy widziały tylko ciemność. Nie było tam żadnych lamp, więc szłam po omacku. A tutaj nagle dostaję po oczach.
- Ty jesteś ta Lassie? – jakaś dziewczyna brodą wskazuje na mnie. Ma na sobie luźny, krótki podkoszulek, który odsłania jej wszystko i właściwie mogłaby go w ogóle nie mieć. Jej ręce przyozdabiają tatuaże i skórzane bransoletki. Ma czerwone włosy przystrzyżone na pazia, a w nie wplecione różne czarne wstążki i spinki z czaszkami. W dłoni trzyma lizaka, którym cały czas wymachuje.
- Lynn – poprawiam ją.
- Jasne, Lassie – celowo przedłuża sylaby imienia. Jej zielone oczy przelatują mnie na wylot, czuję, jakby znała już wszystkie moje sekrety. Przerażają mnie te jej kolczyki, w nosie, nad brwią i w uszach. Ma je dosłownie wszędzie. - Jesteś tu świeżym mięskiem, ale nie licz, że ktoś będzie się nad tobą litował – pociera powiekę i rozmazuje sobie mocny, niebieski cień. Klnie pod nosem, zauważając swoją gafę.
- Jasne, Vanesso. – odgryzam się. Dziewczyna unosi głowę i syczy:
- Coś ty powiedziała?
- Ale o co ci chodzi, Vanesso?
Dwoma wielkimi susami dopada mnie i przyciska do ściany.
- Słuchaj, mała. To, że jesteś tutaj nowa, nie znaczy, że będziesz traktowana specjalnie. Masz pracować. A podpadając mi, nie popracujesz tutaj długo. Zamienię twoje życie w piekło – warczy mi do ucha. Jej oddech cuchnący piwem i balonową gumą do żucia, łaskocze mnie po policzku.
- Dobra, rozumiem.
- I nigdy nie mów do mnie Vanesso. Jestem Shellow. A teraz idź się przebrać. – puszcza mnie i podchodzi do obdrapanego fotela. Bierze z niego jakąś małą szmatkę i rzuca we mnie. Unosi brwi i wychodzi z pomieszczenia. Kładę torbę na podłodze i uważnie oglądam pokój. Jest niewielkich rozmiarów, znajduje się tu duża kanapa stojąca pod ścianą i fotel. Oba mocno zniszczone. W kącie stoi stolik, na którym leżą różne papiery i puste butelki po piwie. Na ścianie, obok drzwi, wisi duże lustro.
Z niechęcią ściągam z siebie ubranie, jakbym nie mogła pracować w moich ciuchach. Wkładam moje robocze wdzianko i z przerażeniem stwierdzam, że jest bardzo skąpe. Niebieska spódniczka sięga uda i ledwo zasłania majtki. Natomiast bluzeczka odsłania cały brzuch, nie wspomnę o dekolcie. Ujmując w jedno zdanie: cała moja bielizna jest na wierzchu.
Jak ja mam w tym pracować?!
Wypadam z pokoju dla personelu i widzę Vanessę opierającą się o ścianę.
 - Co to ma być?! – wybucham.
- Twoje ubranie robocze. Niestety nie mamy większego rozmiaru, twoja poprzedniczka była o połowę niższa – mówi z udawanym smutkiem. – A teraz wypad na salę, goście zaczynają się schodzić. Nie ma wielkiego wyboru, zazwyczaj biorą frytki, hamburgera i piwo. A jeśli ktoś będzie bardzo wymagający, zapisz sobie w notesie. – klepie się po biodrze. Sięgam do kieszonki i wyjmuję mały notesik oprawiony w niebieski papier. Przyczepiony jest do niego również mały ołówek.
- Jak mam w tym pracować? – spoglądam na moje „ubranie robocze”.
- Normalnie. Odsłoń coś przed klientem, to da duży napiwek.
- A ty?
- Ja? Ja jestem barmanką, słoneczko. A teraz idź, dzisiaj pracujesz z Hazel.

Przechadzam się pomiędzy stolikami i próbuję naciągnąć skąpą spódniczkę i bluzkę. Niestety, nic z tego. Wielu zboczonych gości uważnie mi się przygląda i mam wrażenie, jakby w ich głowach już układał się plan porwania, albo co gorzej, gwałtu.
Hazel okazuje się sympatyczną dwudziestoparolatką, z rudymi włosami. Jest ode mnie o wiele niższa, więc obiecuje zamienić się „mundurkami”. Zgrałyśmy się i nawet może zaprzyjaźniłyśmy, więc mam nadzieję, że będę z nią zawsze pracować.
Robota mija mi szybko, paru napalonych facetów próbuje się do mnie dobierać, ale osiłkowaty ochroniarz Bill od razu upomina ich grzecznie, że striptizerki udostępniają dopiero po jedenastej, a ja na szczęście kończę pracę o dziewiątej. Dzisiaj akurat wcześniej, by obgadać z Sedricem parę rzeczy.
Pracuję w każdy wtorek, piątek i sobotę. Okay. Od piątej do dziewiątej. Okay. Co do zarobków – zależy ile będzie klientów. Nie okay. Kiedy dostaję napiwek, biorę go dla siebie. Okay. Będę pracować na zmianę z Hazel i Dorotheą. A może tylko z Hazel? No dobra, tylko z Hazel. Okay.
Po rozmowie z Sedricem jestem wykończona. Wszystkim.
W sumie zebrałam dzisiaj ponad dwadzieścia dolców napiwków. To pewnie dlatego, że nic nie odsłaniałam, jak radziła mi Vanessa.
Wychodzę z biura i niezauważona wchodzę do pokoju dla personelu. Nikogo tam nie ma, więc szybko narzucam na siebie moje ubrania, a mundurek chowam w małej szafce. Zdzieram nalepkę z imieniem „Flea” i naklejam nową – „Lynn”. Szafkę zamykam kluczykiem i wkładam go do kieszeni.
Wychodzę z pomieszczenia i próbuję przedostać się do drzwi wyjściowych. Jestem już przy barze, kiedy znajoma twarz miga mi przed oczami. Momentalnie się zatrzymuję i rozglądam wokół. Nieruchomieję. Odwracam się w stronę baru i widzę siedzącego na stołku… Tobiasa.

-------------

Witam!
Tak dawno mnie tutaj nie było, ale dzisiaj wrzucam wam nowy rozdział, świeżutki, przed chwilą skończyłam pisać. Ponownie nie mogę powiedzieć, kiedy będzie kolejny rozdział, wybaczcie :c
I dziękuję za prawie 900 wyświetleń! Mam nadzieję, że pod postami zacznie pojawiać się więcej komentarzy.
Miłego wieczoru,
Primrose.

sobota, 1 marca 2014

Rozdział 3 - Grupa wsparcia

Dopiero po dwóch tygodniach od wypadku decyduję się iść do szkoły. Wczesnym rankiem zwlekam się z łóżka i idę do kuchni. Tata już tam siedzi i uważnie obserwuje jak podchodzę do lodówki. Wyjmuję mleko i płatki z górnej szafki oraz miseczkę. Siadam na krześle obok ojca.
Wstrząsa mną świadomość, że to krzesło mamy. Ona zawsze rano na nim siedziała i piła herbatę.
Powoli wstaję i siadam na krześle naprzeciwko miejsca matki. Szybkim ruchem nalewam mleko i wrzucam płatki do miski. Przeżuwam wszystko dokładnie, aby jak najbardziej spowolnić wyjście do szkoły.
- Idziesz dzisiaj do szkoły? – pyta ojciec.
- Chyba tak.
- No to chyba tak czy na pewno?
- Taką mam nadzieję. – odpowiadam szorstko.
- A Percy?
Podnoszę wzrok znad śniadania.
- Co z nim? On też nie chodzi do szkoły, a w końcu musi zacząć. Porozmawiaj z nim – tata uporczywie patrzy na mnie błagalnym wzrokiem.
Zaciskam usta.
- Ja nie daję rady, Lynn. Po prostu nie daję rady.
Tata wyciera łzy kapiące na gazetę.
Przygryzam wargę. Wstaję z krzesła i podchodzę do ojca, by go przytulić.
- Wiem, tato. Wiem.
Wiem też, że musi czuć się żałośnie. Zamiast utrzymać nas przy życiu i nie poznać po sobie, że się załamał – on wyznaje to wszystko przy śniadaniu. Ale nie mam mu tego za złe.
- Porozmawiam. – odrywam się od taty i wpatruję się w niego uważnie.
- Myślałem o grupie wsparcia. Mógłbym wysłać tam ciebie razem z Percy’m. Myślę, że pomogłoby mu to. Ty byłabyś tam, aby pomóc mu swoją obecnością – pociąga nosem. – Jak myślisz?
- To dobry pomysł – odpowiadam.

Nauczyciele współczująco na mnie patrzą, tym razem żaden uczeń nie rzuca w moją stronę jabłkiem czy niemiłym żartem.
Przemierzam głośny korytarz w ciszy. Zgiełk panujący na przerwie, wszyscy krzyczą i trzaskają szafkami. Ale dla mnie jest cicho. Większość spogląda ukradkiem w moją stronę, a wtedy ja mocniej przyciskam książki do piersi, aż bolą mnie ręce.
- Lynn! – słyszę jak ktoś mnie woła, ale nie odwracam się.
Po chwili dopada mnie Annabeth.
- Lynn! Nie uprzedziłaś mnie, że dzisiaj będziesz – dyszy.
- Była to… szybka decyzja. – wzruszam ramionami.
- Wiesz, że doszedł kolejny nowy? Jakiś Martin Doodly, tak słyszałam…
- Max Daught – poprawiam.
- Znasz go? – źrenice przyjaciółki znacznie się powiększają.
- Taak, oprowadzałam go po szkole. Pani James przyparła mnie do muru.
- Ładny? – Ann trąca mnie biodrem.
- Nie wiem. – odpowiadam wymijająco.
- No mów! Na drugi dzień nie przyszedł do szkoły, nie ma go na żadnym portalu społecznościowym! Nigdzie. Jakby nie istniał.
- Nie przyszedł? – marszczę czoło. – A dzisiaj jest?
- Nie. Jak na razie. Isabelle przechwalała się, że go widziała. Podobno ma ciemniejszą karnację i uwodzicielskie oczy. Wspomniała też, że jest napakowany…
- Fałsz – przerywam jej. – Jest blondynem, ma niebieskie oczy i… chyba raczej nie jest napakowany. Bardziej chuderlawy.
- Ale przystojny? Jak bardzo? Ładniejszy od Tobiasa? – wypytuje Ann.
- O Boże, nie wiem! Miał na sobie bluzę, więc niewiele widziałam!
Annabeth mruży oczy.
- Załóżmy, że ci wierzę. No, a teraz zmykaj, spotkamy się po lekcjach.

Do klasy wchodzi pani James razem z jakiś chłopakiem, który na głowę naciągnięty ma znajomy kaptur.
- Witam, pani Waters – kobieta wita się z nauczycielką matematyki.
- My się znamy? – staruszka nieufnie odkłada notatki na biurko.
Nasza matematyczka znana jest z dziwnych sytuacji na lekcjach. Często zapomina, odbiera telefony przy uczniach i opowiada nam swoje życiowe historie. Kiedyś opowiadała, że jeden z jej gości na urodzinach ukradł jej łyżkę. Następnego dnia otwierając torebkę znalazła zgubę. Klasa ryczała ze śmiechu.
Najzabawniejsze jest to, że ona nie robi tego specjalnie. Po prostu taki już ma charakter. Pomimo tego jest świetną nauczycielką i jest naprawdę dobra z matematyki.
Pani James poprawia okulary.
- Przedstawiam pani nowego ucznia – Maxa.
No błagam.
- Bzdura! Wujek Max nie żyje już od trzydziestu lat!
- Pani Waters, ale to jest inny Max…
- Czy pani próbuje mi wmówić, że nie wiem kiedy umarł brat mojej matki?! – przerywa nauczycielka.
- To jest Max Daught, nowy uczeń! – syczy pani James.
Matematyczka mamrocze coś pod nosem.
- Niech usiądzie obok Lucy – macha ręką i odwraca się do tablicy.
Tylko nie to. Pani Waters zawsze przekręca nasze imiona i nazwiska. Jestem jedyną „Lucy” w tej klasie.
- Lucy? – dziwi się pani James.
- Lucy Peters.
Kobieta marszczy czoło.
- A zatem dobrze, usiądź koło Lucy.
Max zdezorientowany rozgląda się po klasie, jakby szukał dziewczyny z tabliczką „LUCY” przyczepioną do czoła. Ściąga kaptur i natychmiast rozlegają się krzyki:
- Ja jestem Lucy!
- Uhuuu, Max, siądź obok Lucy!
- Cześć, jestem Lucy!
- Lucy Peters to ja!
Zsuwam się lekko w dół, tak, że głową dotykam oparcia krzesła. Opatulam się bluzą i zasłaniam twarz książką.
On jednak chyba mnie zauważył, bo zdecydowanym krokiem zmierza w moją stronę. Zsuwam się jeszcze bardziej. Siada na wolnym krześle obok mnie. Akurat dzisiaj Nora musiała się rozchorować i skazać mnie na samotną matematykę!
- Cześć, Lucy. Jestem Max. – wyciąga rękę w moją stronę i uśmiecha się przy tym tak, jakby cała ta sytuacja go bawiła.
- Znowu coś jarałeś? – podciągam się na krześle.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.
- Zgłoszę na policję, że hodujesz marihuanę.
- A hoduję?
- Po twoim zachowaniu można wywnioskować, że tak.
- W takim razie błędnie mnie oceniasz – rozsadza się na krześle – Lucy. – dopowiada z szerokim uśmiechem.

- Jak tam książki? – zaczepia mnie Tobias po lekcjach. Ze zniecierpliwieniem wypatruję Annabeth.
- Umm, no wiesz, nie przeczytałam jeszcze wszystkich – odpowiadam wymijająco.
- A te, które przeczytałaś? – uporczywie drąży dalej.
- Są… niezłe.
- Jak bardzo niezłe? – przechyla głowę i widzę w jego oczach rozbawienie.
- Droczysz się ze mną? – pakuję książki do torby i naciągam kaptur na głowę.
- Skądże. Wychodzisz w taką pogodę? – wskazuje głową na ulewę, która przysłania widok na małą cukiernię po drugiej stronie i przystanek autobusowy, z którego nikt nie korzysta. Czasami siadam tam po lekcjach, ale rzadko. W naszym miasteczku Charis* w Kanadzie raczej mało kto korzysta z autobusów, większość przechadza się pieszo, tylko nieliczni pozwalają sobie na takie luksusy jak samochody. Charis jest średniej wielkości, na pewno mniejsze od Nowego Jorku, ale można znaleźć tu wszystko. Są sklepy, galeria handlowa, dwa kina, kilka szkół… W tym niestety tylko jedno liceum - w związku z czym nie miałam problemu z wyborem szkoły.
- Czekam na Annabeth, odwiezie mnie do domu – i uśmiecham się sztucznie.
- To może ja cię odwiozę? – proponuje Tobias beznamiętnym tonem.
- Nie, dzięki. Obiecałam Ann, że wpadniemy po drodze do sklepu – odpowiadam szybko. Nie lubię kłamać, ale w takiej sytuacji nie pozostało mi nic innego.
- No cóż, to może innym razem. Do jutra, Lynn. – wzrusza ramionami i odchodzi.
Po piętnastu minutach czekania przed szkołą myślę, że jednak mogłam nie odrzucać propozycji Tobiasa.
Annabeth wypada ze szkoły cała zarumieniona.
- Matko, Lynn, wybacz mi, skarbie! Zagadałam się i zapomniałam! – wyrzuca ręce w górę.
- Nie ma sprawy – wzdycham. Chwila, chwila. – Z kim się zagadałaś?
- Oh, to nieistotne – wymiguje się i wybiega na deszcz. Biegnę za nią do samochodu.
- Istotne! – otwieram drzwi i wsiadam do dusznego volkswagena.
- No dobra – wzdycha z dezaprobatą – z Jerry’m, zadowolona? – i odpala silnik.
- Z Jerry’m? Philipsem? – dziwię się.
- Tak, bo co? – Ann włącza ogrzewanie, a ja machinalnie pocieram ręce.
- Czy to nie jest przypadkiem ten, który w ostatniej podstawówki zaprosił cię na imprezę, a następnie poszedł z Jennifer? – cmokam z niezadowoleniem.
- Powiedział, że źle się czuje – poprawia mnie przyjaciółka.
- A następnie poszedł z Jennifer – przypominam jej.
- O rany, tak, no i co z tego?! W końcu muszę przeboleć stare rany, żeby normalnie żyć. Ty też powinnaś – patrzy na mnie znacząco.
Wywracam oczami.
- O czym tak gadaliście? – odkręcam butelkę wody i pociągam łyk.
- Załatwiłam ci pracę.
Krztuszę się i wypluwam wodę przed siebie.
Annabeth głośno wzdycha i patrzy na mnie z miną „serio?!”.
- Słucham?!
- Załatwiłam ci pracę – powtarza. – Cały czas narzekasz na brak samochodu. Musisz na niego zarobić. Poza tym to ci się przyda, nareszcie będziesz miała co robić. – wzrusza ramionami.
- Mam co robić! – obruszam się.
- Taak, siedzenie całymi dniami w domu i użalanie się nad sobą zabiera ci mnóstwo czasu – wygarnia mi przyjaciółka z sarkazmem.
Wciągam powietrze do płuc i w moim mózgu już tworzy się jakaś cięta riposta.
- Będę chodzić z Percy’m na grupy wsparcia! Jestem zajęta, odwołaj to. – mówię z wyrzutem.
- Jak kupisz samochód będziesz mogła przejechać Jennifer – podpowiada mi obojętnym tonem.
- Kiedy zaczynam?

Siedzę sztywno na krześle i wpatruję się w granatowe pudełeczko z napisem „Veidth” leżące metr przede mną. Od wypadku nie myślałam o naszyjnikach, a dzisiaj wpadły mi w ręce przez przypadek. Przygryzam wargę.
Dać jeden Percy’emu? Ale czy to nie będzie za wiele? Wtedy może się całkiem załamać. Wyciągam rękę po pudełeczko, ale natychmiastowo ją cofam i przyciskam do piersi.
Najlepiej by było, gdyby mama nic mi nie dawała. Wtedy nie byłoby problemu. A teraz sama muszę uporać się z tym ciężarem.
Szybko chwytam prezent i otwieram pudełeczko. W środku lśnią dwa naszyjniki podobne do monet, które wiszą na srebrnych łańcuszkach. Wyciągam jeden i przypatruję się wyrytej klepsydrze. Przejeżdżam po niej opuszkiem palca i zakładam naszyjnik na szyję. Chwilę ściskam go w dłoni, a potem chowam pudełeczko z drugim naszyjnikiem do kurtki. Dzisiaj zdecyduję, czy dać go Percy’emu.
Blizna na prawym obojczyku nagle zaczyna mnie szczypać. Wciągam powietrze do płuc i przyciskam naszyjnik do ciała w obawie, że ktoś mógłby mi go zabrać.

- Spotkanie kończy się o osiemnastej, więc postaram się być na czas. – Tata zachęcająco kiwa głową.
- Okej – wzdycham.
Ojciec patrzy na mnie jeszcze przez chwilę, po czym całuje mnie i Percy’ego w czoło.
- Trzymajcie się – wsiada do samochodu i odjeżdża.
Percy patrzy na mnie niepewnie, jakby oczekiwał, że jednak zrezygnujemy w ostatniej chwili. Mocno łapię go za rękę i wchodzimy do podniszczonego budynku.
Kiedyś była to chyba sala gimnastyczna, bo na ścianach wiszą drabinki, a w kącie dostrzegam materace. Nieprzyjemny zapach roznosi się po całym pomieszczeniu. Pewnie odbywały się tutaj jakieś zajęcia gimnastyczne, a może dzieciaki grały tu w piłkę? Nie wiem. Wiem tylko, że prowadzący grupę wynajmuje tę salę w każdy wtorek i czwartek.
Na środku pomieszczenia plastikowe krzesła stoją w kółku, kilka z nich już jest zajętych. Parę osób krząta się również przy stoliku ze skromnym poczęstunkiem w postaci ciastek z pobliskiego sklepu i kilka kartonów soku. W sumie jest tu ponad dziesięć osób.
- Dzień dobry, mili państwo, proszę o zajęcie miejsc! – chłopak powyżej dwudziestki wskazuje na krzesła. Posłusznie zajmuję miejsce najbliżej wyjścia, a Percy siada obok mnie.
Chłopak wstaje i oświadcza:
- Witam wszystkich, jestem Jace i prowadzę tę grupę wsparcia. Rok temu w wypadku kolejowym zginęła cała moja rodzina – rodzice oraz dwójka młodszego rodzeństwa. Było mi bardzo ciężko, szczególnie, że nie został mi nikt. Nadal jest mi trudno, ale na świecie istnieje wiele wspaniałych osób, które pomagają nam podnieść się, kiedy upadamy. Są jak anioły – objawiają się nagle i podają nam rękę – łapie za rękę dziewczynę z ciemnoczerwonymi włosami siedzącą obok niego. – A to jest mój anioł, Alice. Jeśli ktoś jest gotowy, by opowiedzieć o swojej stracie, zapraszam.
Czuję, że Percy cały się trzęsie, więc ściskam jego rękę jeszcze mocniej. Widzę, że się waha.
- Nie musisz – szepczę do niego.
Percy’ego uprzedza dziewczyna młodsza ode mnie. Wygląda na przemęczoną, tłuste blond loki upięła w niechlujny kok.
Jace zauważa rękę dziewczyny w górze i kiwa głową.
- Jestem Zoe i mam czternaście lat – głośno przełyka ślinę, jakby mówienie sprawiało jej trudność. – moja mama zmarła, gdy miałam trzy lata. Miesiąc temu zmarł mój tata na raka. Teraz mieszkam u dziadków  i… - zaciska usta i widzę, że próbuje powstrzymać łzy. Chwilę później wybucha płaczem. Jace podchodzi do niej i przytula.
- Wszystko w porządku, Zoe. Masz nas, pomożemy ci.
Odruchowo ściskam naszyjnik od mamy na mojej szyi.
- Czy ktoś jeszcze chce się podzielić z nami swoją tragedią? Kiedy to z siebie wyrzucicie będzie wam lżej. – zachęca nas prowadzący.
Nieśmiało unoszę rękę w górę. Jace kiwa głową. Spoglądam na Percy’ego, które patrzy na mnie jak na bohatera.
- Mam na imię Lynn i mam siedemnaście lat. Kilka tygodni temu umarła moja… nasza mama – poprawiam się. – To jest mój brat Percy – wskazuję na niego.
- Jak sobie radzicie?
Biorę głęboki oddech. Wszyscy patrzą na mnie w milczeniu.
- Ja radzę sobie… - ostrożnie dobieram słowa, aby nie wybuchnąć.- dobrze. Pomagają mi przyjaciele i ciotka.
- A ty, Percy? Chcesz nam opowiedzieć o swoim bólu? – pyta Jace.
Brat napina mięśnie i zaciska dłoń.
- Jest… jest w porządku. – mówi cicho.
- Na pewno? – Jace wyczuwa kłamstwo.
Percy bierze głęboki oddech i odpowiada drżącym głosem:
- Nie.
- Chcesz o tym porozmawiać? Jesteś na to gotowy?
Przecząco kręci głową.
- Dobrze, zatem będziemy cierpliwie czekać, aż będziesz gotów.

Tata przyjeżdża punktualnie o szóstej. Parkuje volvo na pustym parkingu i cierpliwie czeka, aż spotkanie się skończy. Widzę przez okno, jak zapala papierosa i szybko go gasi, kiedy słyszy, że wszyscy wychodzą.
- I jak było? – przerywa krępującą ciszę, kiedy wracamy do domu.
- W porządku. – odpowiadam za brata.
- Przyjdziecie jeszcze?
Spoglądam na Percy’ego siedzącego na tylnym siedzeniu. On niezauważalnie kiwa głową.
- Tak.

*takie miasteczko nie istnieje, zostało ono wymyślone na potrzeby opowiadania, tak jak wszystko inne.

--------------

Witam wszystkich. Nowy rozdział dla was. Nie zniechęcajcie się przez brak szybkiej akcji, bo jak na razie sama muszę poukładać fabułę tak, aby wszystko było sensowne. Mam już zarys tego wszystkiego, muszę tylko to dopracować. Mam nadzieję, że nie jesteście źli ;>
Niestety nie jestem w stanie wam napisać, kiedy będzie kolejny rozdział, ponieważ od poniedziałku siedziałam w domu, bardzo się pochorowałam i mam teraz mnóstwo nadrabiania :\ Wybaczcie.

Pozdrawiam,
Primrose.

sobota, 15 lutego 2014

Rozdział 2 - "Felix"

- O co chodzi? – pytam użerając się z torbą, która wypluwa wszystkie rzeczy jakie do niej włożyłam.
Tata otwiera drzwi srebrnego volvo.
- Tato?
- Wskakuj – mówi zniecierpliwiony. Siadam na miejsce obok kierowcy i zapinam pas.
- Tato! Dlaczego nie chcesz mi nic powiedzieć?
- Nie ma tu nic do gadania. – ucina.
Siada obok mnie i rusza. Jedziemy główną drogą przepełnioną samochodami i korkami. W końcu skręcamy w jakąś mniej ruchliwą uliczkę.
- Czy to… czy to droga na policję? – marszczę czoło.
Tata milczy.
Mam rację, ponieważ chwilę później parkujemy przed komisariatem policji.
Wysiadam z samochodu i rozglądam się wokół.
- Po co tu przyjechaliśmy?
Znowu nie odpowiada, ale założę się, że otarł łzę.
W końcu daję sobie spokój i przestaję zadawać pytania. Posłusznie sunę za tatą i wchodzimy do budynku. Przechodzi mnie dreszcz.
Mijając jakieś pomieszczenie słyszę donośny głos reporterki dochodzący z telewizora:
- …pomiędzy jedenastą a dwunastą zderzył się… - jakieś szuranie zakłóca dalszą część - …kierowca ciężarówki wjechał w samochód, a następnie uciekł z miejsca zdarzenia… - znowu szuranie - …zginęła jedna osoba, zero świadków…
Przystaję obok uchylonych drzwi, skąd dochodzi relacja reporterki.
- Myślisz, że to zwykły przypadek? – jakiś mężczyzna siedzi na krześle, a nogi oparte ma o biurko. Widzę połyskującą odznakę, więc wiem, że jest policjantem.
- No co ty – odpowiada mu drugi, grubszy – gołym okiem widać, że facet specjalnie wjechał w kobietę. Zielony samochód został doszczętnie zgnieciony. – kroi jabłko na kawałki, a jeden z nich wrzuca sobie do ust – Zresztą uciekł z miejsca zdarzenia, więc od razu śmierdzi to zaplanowanym wypadkiem…
- Chodź, Lynn – pogania mnie tata.
Otrząsam się i ruszam za ojcem. Mijamy kolejne pomieszczenia, aż w końcu docieramy do drzwi z tabliczką „detektyw Fley Castellan”. Tata puka i otwiera mu jakiś mężczyzna. Wygląda grubo po trzydziestce, ma rzadkie ciemne włosy i kilkudniowy zarost.
- Witam, panie Parnell. Zapraszam – detektyw otwiera szerzej drzwi i wchodzimy do przestronnego pomieszczenia. Na środku znajduje się biurko, na którym wszystko jest schludnie poukładane. Właściwie w całym pokoju jest tylko biurko, dwie półki, kilka krzeseł i mały stolik przy drzwiach.
Po co tu przyszliśmy? Przecież nikogo nie zabiłam, nawet nie ukradłam. No, może kiedyś, ale na obecną chwilę jestem czysta.
- Siadajcie, proszę. – pan Castellan wskazuje krzesła naprzeciwko biurka. Siadamy na nich, zaś on sam siada przy biurku.
Uważnie przypatruję się tacie, czasami zerkam też na detektywa.
- Znaliście państwo niejaką Alison Parnell?
- Tak. Ja jestem… byłem… jestem jej mężem, a to jej córka, Lynn – krztusi ojciec.
- Więc zapewne wiecie, że pani Parnell miała wypadek. Poważny. W jej samochód wjechała ciężarówka, która zgniotła jej służbową Toyotę. Kierowca zbiegł z miejsca wypadku, sądzimy więc, że nie był to przypadek. Czy pani Alison miała jakiś wrogów? – detektyw Castellan splata ręce i kładzie je na biurku.
- A co z mamą? Jak ona się czuje? – przerywam mu.
Tata odwraca się moją stronę. Ma czerwoną twarz, jakby cały dzień płakał. Wpatruje się we mnie uważnie i łapie moją rękę. Ściska ją mocno.
- Alison Parnell zginęła na miejscu. Nic nie mogło jej uratować.
Słowa docierają do mnie powoli, analizuję je dokładnie. Dopiero po chwili rozumiem ich znaczenie. Mama miała wypadek. Zginęła. Nie ma jej. Umarła. Nieuważny kierowca zgniótł jej samochód. Zginęła, odeszła.
Wpatruję się w detektywa Castellan i kilka razy mrugam. Zamykam oczy i zaczynam nucić piosenkę z dzieciństwa, którą mama zawsze mi śpiewała do snu.
Nie ma jej.
Pan Fley i tata chyba coś do mnie mówią. Nic nie dociera do moich uszu i mózgu. Słyszę tylko piosenkę mamy.
Mechanicznie wstaję z krzesła i otwieram drzwi. Biegnę mijając te same pomieszczenia co poprzednio. W końcu wypadam na świeże powietrze i zaczynam się dusić. Chcę wyjąć z torby chusteczki, ale dopiero teraz zauważam, że pozostała na komisariacie.
Odeszła.
Biegnę potrącając przypadkowych ludzi. Cieknie mi z nosa i oczu. Przecieram twarz rękawem cienkiej kurtki.
Po jakimś czasie moje nogi odmawiają posłuszeństwa. Zauważam, że dotarłam do parku. Musiałam chyba biegać w kółko, bo jest już późno. Ulice opustoszały, latarnie rozświetlają ciemną noc.
Zginęła.
Przysiadam na pobliskiej ławce. Moje oczy i uszy nic nie rejestrują. Siedzę wpatrzona w pustą dal, która nieubłaganie zbliża się ku mnie.
Powieki zaczynają mi ciążyć, więc pozwalam im opaść. Zwijam się w kłębek i kładę na zimnej ławce. Ostatnie co do mnie dociera, to jakiś głos mimowolnie docierający do mózgu.
Umarła.

Co ludzie pozostawiają po sobie, kiedy przychodzi ich czas? Zapewne dużo przedmiotów, zdjęć. I wspomnienia.
Najgorsze jest jednak to, że to jeszcze nie był czas mamy. Ona miała prawo żyć. Jeszcze długie lata. Miała zestarzeć się i mieszkać z tatą na obrzeżach miasta w małym drewnianym domku. Mieliśmy wszyscy spotykać się w święta. Jeść razem lody każdej środy w małej kawiarence „Felieppe” prowadzoną przez chińskie małżeństwo.
A teraz tradycje zostały złamane. Pustki po mamie nie zapełni nikt. Zawsze do całej układanki będzie brakować jednego puzzla.
Jedno krzesło przy stole zawsze będzie puste. Niebieska filiżanka, z której mama codziennie rano piła kawę, będzie stać samotnie w kuchni. Nikt nie będzie z niej korzystał.
A teraz już rozumiem co znaczyła "ostatnia obietnica".
Słyszę ciche skrzypnięcie drzwi. Nie odwracam się. Leżę nieruchomo zagrzebana w pościeli. Po chwili czuję, że ktoś nade mną stoi.
Mam ochotę odwrócić się i krzyknąć „Mama! Miałam koszmar, w którym zginęłaś w wypadku!” i wypłakać się na jej ramieniu.
Ale wiem, że to nie ona.
Po chwili ktoś kładzie się obok mnie na łóżku i słyszę cichy płacz.
I wiem, że to nie mama. To Percy.

Dzień mija za dniem. Nawet nie fatyguję się, aby wstać z łóżka, a co dopiero mówić o szkole. Czasami wpada Annabeth i wmusza we mnie trochę jedzenia. Tata wiele razy próbował wyciągnąć mnie z pokoju, ale nie udawało mu się to. Rozumiem to doskonale. Czuje się winny i nieprzydatny, bo zamiast zająć się dziećmi, sam płacze po kątach i daje zły przykład.
A Percy przychodzi coraz częściej.

Pogrzeb odbywa się tydzień po wypadku. Przyszli znajomi mamy, dalsza rodzina, dziadkowie, Annabeth. Widzę też inne nieznajome osoby. Słyszę tylko: „tak mi przykro, Lynn”, „moje kondolencje”, „wszystko się ułoży”. A ja wiem, że to tylko puste słowa, kłamstwa.
Jedyne co podnosi mnie na duchu to obecność cioci Bridget i jej męża Ricka. Ciocia to siostra taty, ale zawsze miałam z nią bliski kontakt. Ma bujne rude włosy, jest nieco otyła, ale mimo wszystko i tak zawsze je pączki. Ma poczucie humoru i zawsze dogryza tacie. Natomiast wujek Rick jest chudy i wysoki, ma rzadkie ciemne włosy i jedyne co łączy go z ciocią to poczucie humoru. Kiedy myślę o Bridget zawsze oczyma wyobraźni widzę ją w fioletowej ciasnej spódnicy, z czarną torbą i pączkami. A wujka widzę z piwem i papierosem.
Ciotka podchodzi do mnie i Percy’ego. Chwilę przygląda nam się uważnie.
- Wiecie co? Zostaniemy z wami przez jakiś czas. Gilbert ledwo żyje, a wy pewnie umieracie w tej ciasnej dziurze. Ktoś musi się wami zająć. – i odchodzi w stronę Ricka. Chwilę z nim rozmawia, a potem zaczynają się śmiać.
Dobrze, że nie ma dzieci, bo wtedy nie zajmowałaby się już nami. A jej opieka zawsze była i jest nam potrzebna.
Ciocia Bridget mieszka w Irlandii, prowadzi tam jakiś butik. Na wakacje często do niej wpadaliśmy, bo razem z Rickiem mieszkają w domku dwupiętrowym. Mają duży ogród i wielkiego psa, który ma chyba z sześćdziesiąt centymetrów. Przypomina buldoga, ale nie wiem co to za rasa. Ironią losu jest to, że nazywa go Cukiereczkiem.
Czas wlecze się nieubłaganie. Chcę wrócić do domu i zagrzebać się w łóżku. I nie wstawać.
Tymczasem muszę patrzeć na ciemną trumnę. Ksiądz coś gada przez bite pół godziny. Nie wiem co się dzieje potem, bo odpływam.
Zamglonym wzrokiem wpatruję się w nagrobki. Cmentarz powoli pustoszeje, ludzie rozchodzą się, a samochody odjeżdżają z głośnym piskiem opon.
Zimne krople deszczu powoli spadają na ziemię. Po chwili rozpoczyna się prawdziwa ulewa. Stoję przed świeżym grobem mamy cała przemoknięta.
- Lynn? – słyszę za sobą głos Annabeth. Podchodzi do mnie z parasolem.
- Lynn, musisz już jechać. Tata na ciebie czeka – przygląda mi się uważnie.
- Nie chcę jechać – mamroczę.
Przyjaciółka patrzy na mnie ze szczerym współczuciem.
- Jeśli chcesz, mogę cię odwieźć  – proponuje.
Lekko kiwam głową. Annabeth odwraca się i macha w stronę naszego rodzinnego volvo. Słyszę jak samochód odjeżdża.
Ann uparcie stoi przy mnie z parasolem nad moją głową.
- Wiesz, myślę, że ona nie jest szczęśliwa, jeśli ignorujesz cały świat i całe dnie spędzasz w łóżku.
- Nie może być szczęśliwa, bo nie żyje – burczę.
- Ale gdyby żyła.
- Ale nie żyje. I nikt tego nie zmieni – mówię przez łzy. - Po prostu jej nie ma!
Annabeth mocno mnie przytula.
- Będzie dobrze – szepcze mi do ucha. – Będzie dobrze.
- Nie będzie – zaprzeczam.
- Będzie. Musisz tylko zacząć żyć  – odrywa się ode mnie. – Jej śmierć to kawałek twojego życia. Musisz nauczyć się z tym żyć. Musisz się z tym pogodzić, zaakceptować to. – prowadzi mnie do samochodu. Krople uderzają o parasol wydając przy tym ciche stukanie.
- Nie potrafię.
- Potrafisz. Jesteś silną dziewczyną. Potrafisz. Musisz w to uwierzyć.
- Nie umiem w to nawet uwierzyć – spuszczam wzrok.
- W takim razie ja będę w to wierzyć.
Przyjaciółka milknie. Składa parasol i otwiera drzwi szarego volkswagena. Robię to samo i siadam na miękkim siedzeniu. Zapinam pasy, a Annabeth rusza.
Oddalamy się od cmentarza. Odwracam głowę i wpatruję się w cmentarne nagrobki, które powoli nikną w deszczu.
Dopiero teraz uświadamiam sobie, że na tym cmentarzu pozostawiłam cząstkę siebie i nigdy nie będę potrafiła jej stamtąd zabrać.

Słyszę ciche skrzypnięcie i wiem, że to znowu Percy. Myślę, że teraz nieświadomie pomagamy sobie nawzajem.
Jak to w zwyczaju, Percy wślizguje się obok mnie. Odwracam się w jego stronę.
Ma podpuchnięte oczy i wygląda naprawdę marnie. Przez chwilę tylko na siebie patrzymy.
- Jak sobie z tym radzisz? – szepczę, próbując podnieść go na duchu.
- Dobrze – odpowiada cicho.
Wpatruję się w niego uważnie i wiem, że kłamie.
- W ogóle sobie nie radzę. – wyznaje. – A ty?
Wzdycham.
- Ja też.
Patrzy na mnie ze zrozumieniem w oczach, a ja spostrzegam, że oczy ma po niej. Przez chwilę dostrzegam w nim mamę.

- Lynn, musisz gdzieś wyjść! – ciotka Bridget różowym butem rozgrzebuje stertę ciuchów. – Nie możesz wiecznie tu gnić!
- Mogę – burczę.
Ciotka rozsuwa zasłony w oknach, a pokój wypełnia poblask słońca.
- Nie możesz. Dzwonię po Annabeth! – ostrzega i otwiera okna. Uderza mnie podmuch zimnego wiatru i jeszcze bardziej kulę się pod kołdrą.
Bierze mój telefon z blatu biurka i ze zniecierpliwieniem szuka numeru przyjaciółki.
Cholera! Kiedy Percy kilka miesięcy temu powysyłał wstydliwe sms-y do moich znajomych założyłam blokadę na telefon, ale potem zaczęła mnie irytować, więc ją zdjęłam. Niepotrzebnie.
- Nie dzwoń. – skrzeczę.
Ciocia wbrew mojej prośbie wybiera numer i przystawia telefon do ucha.
- Annabeth? Witam, z tej strony ciotka Lynn. Mogłabyś po nią przyjechać? – przerywa na chwilę, widocznie Ann coś mówi. – Tak, będzie gotowa. Dziękuję, czekamy.
Piętnaście minut później ubrana w ciuchy, które Annabeth musiała zatwierdzić – bo sama ubrałabym na siebie byle co – przechadzam się z przyjaciółką po galerii. Kiedy wychodziłam ciotka dyskretnie wsunęła mi do ręki parę banknotów i zagroziła, że jak czegoś nie kupię, to wyjedzie. Bez wahania zgodziłam się, byleby tylko nie wyjeżdżała.
- Hmm, a ten sklep? Popatrz, ta bluzka na wystawie jest niezła – Annabeth wskazuje palcem pomarańczową bluzkę z cekinami za wielką szybą.
Prawdę mówiąc bardziej interesują mnie księgarnie niż ciuchy, więc mówię wprost:
- Mogę pójść do księgarni?
Ann wybucha śmiechem.
- Pewnie, ale ja będę twoim strażnikiem. Jak znam życie uciekniesz. – spogląda na mnie z powagą – No, to gdzie najpierw?
W końcu decyduję się pójść do księgarni o nazwie „Felix” – chyba jakaś nowa, bo wcześniej jej tu nie widziałam.
Wchodzimy do dusznego pomieszczenia wypełnionego książkami. Półki są wyższe ode mnie, ale od razu zauważam, że między nimi przechadza się kilka osób. Za ladą stoi znudzona trzydziestoparolatka oglądająca swoje czarne paznokcie.
- Idę na fantastykę. – rzucam do przyjaciółki.
- Okeej. Będę stać przy drzwiach. Nie wyjdziesz stąd sama –  grozi i mruży oczy.
- Jasne.
Wchodzę pomiędzy dział „religia” a „romanse”. Po chwili docieram do potężnej półki z napisem „fantasy”. Biorę do ręki przypadkową książkę i zaczynam czytać opis na tylnej okładce.
Nuda.
Biorę kolejne dwie, ale one również okazują się nudne. W końcu natrafiam na książkę o dziwnym tytule „Księżyc dnia”. Z początku wydaje się nudna, ale czytając ostatnie zdanie opisu przechodzą mnie ciarki.
Wpycham grubą niebieską książkę pod pachę i ściągam z półki jakąś z szarą okładką. Tytuł nic nie sugeruje, a opis wydaje się być banalny.
Zaczynam czytać prolog. Wieje nudą, dlatego zamykam książkę i już mam ją odłożyć na miejsce, kiedy słyszę za sobą głos:
- To dobra książka. Kup ją.
Odwracam się energiczne i widzę uśmiechniętą twarz Tobiasa.
- To znowu ty – wzdycham.
- Cześć, Lynn, też miło cię widzieć. – podchodzi do mnie i wyrywa mi „Księżyc dnia” spod pachy.
- Oddawaj! – syczę.
- Też czytałem. Dobra. Ale „Bachon” jest lepszy – wskazuje na książkę z szarą okładką.
- Nie obchodzi mnie twoja opinia.
Ignoruje moje słowa i podchodzi do półki. Ściąga książkę z dziwną okładką i wciska mi ją w dłoń.
- Ta też jest dobra.
- Może dla ciebie.
- Dla ciebie też będzie. Skoro jesteś w dziale fantastyki i ja również, to znaczy, że mamy takie same upodobania. Zobaczysz, spodoba ci się.
Gniewnie mrużę oczy.
- Nie kupię jej.
- To nie kupuj. Dalej bądź upierdliwa i twarda oraz ignoruj wszystkich wokół. – wkłada ręce do kieszeni dżinsów.
- Nie jestem upierdliwa! – zaprzeczam.
Tobias parska śmiechem.
- Nie, skądże – mówi sarkastycznie.
Już mam odpyskować, kiedy on nagle mówi:
- Muszę już lecieć. Do zobaczenia, Lynn.
Stoję oszołomiona i trzymam książki w rękach. Mimo głosu, który podpowiada „nie bierz tych książek poleconych przez Tobiasa!” kupuję je.

- Słuchaj, Annabeth… Chciałam ci podziękować. – spuszczam wzrok.
- Nie ma za co.
- Jest. Zmarnowałam Ci sobotę, a wiem, że miałaś jechać do siostry.
- Pojadę za tydzień. – wzrusza ramionami.
Przytulam ją mocno.
Kiedy docieram do domu od razu zabieram się za czytanie. Pozwala mi to oderwać się od świata i problemów. Jako rozgrzewkę pochłaniam „Księżyc dnia”. Tata z zaskoczeniem zastaje mnie w jadalni, gdzie siedzę zatopiona w książce. Czuję jego obecność, ale on nie odzywa się ani słowem.
Na chwilę odrywam się od lektury, bo coś sobie uświadamiam.
Tobias nie wspomniał o mojej mamie. Nie powiedział „bardzo mi przykro, Lynn” – wręcz przeciwnie. Był dla mnie taki jak zawsze, oschły i sarkastyczny. Nie ulitował się nade mną. Dzięki temu choć na moment zapomniałam o tragicznym wydarzeniu. I po raz pierwszy poczułam, że jest dobrze. Że będzie lepiej.
Jestem mu za to wdzięczna.

-----------

Cześć c:
I kolejny rozdział. Mam nadzieję, że wam się podoba i jesteście nasyceni. Dla waszej wiadomości - kiedy nowy rozdział? Pomiędzy zakładkami a postem widnieje jedno zdanie "KOLEJNY ROZDZIAŁ JUŻ *data*!". Będę starać się zawsze ustalać datę, ale jeśli nie będzie jej określonej to po prostu będzie "KOLEJNY ROZDZIAŁ JUŻ NIEDŁUGO!". Więc aby uniknąć takich pytań - patrzcie zawsze do góry :)
Uprzedzam, że tytuły książek są zmyślone, jak i miejsce zamieszkania głównej bohaterki (którego jeszcze nie znacie).

Pozdrawiam,
Primrose

środa, 29 stycznia 2014

Rozdział 1 - Ostatnia obietnica

14 lat później, 21 marzec

Ze snu wyrywa mnie jakiś dźwięk. Jakby ktoś rzucił kamieniem w okno.
Niechętnie otwieram oczy. Rozglądam się po pokoju, w którym panuje półmrok.
Wydaje mi się, jakby za oknem śmignął jakiś cień. Mrużę oczy i jeszcze przez chwilę wpatruję się w widok za oknem. Wiatr mocno łomocze o szybę. W końcu idę spać.

Mama jak co rano siada na mahoniowym krześle w kuchni i pije kawę.
Jeszcze nie przekraczam progu, a tata nie podnosząc głowy znad gazety mamrocze:
- Dzień dobry, Lynn.
- Witaj, Lennie – mama uśmiecha się. – Jak się spało? – pyta retorycznie.
Od zawsze nazywa mnie pieszczotliwie Lennie, choć mam na imię Lynn.
- Siadaj, zaraz podam śniadanie. Zawołaj tylko Percy’ego. – wstaje od stołu i zanosi pustą filiżankę do kuchni.
- I tak nie przyjdzie. – opieram się o ścianę i zakładam ręce na piersi.
- Ale przynajmniej będzie wiedział, że tego oczekujemy. Idź. – tata niecierpliwie drapie się po brodzie.
Niechętnie prostuję się i wychodzę z kuchni. Przemierzam krótki korytarz wypchany kartonowymi pudłami, których mamie nigdy nie chce się rozpakować. Co prawda wprowadziliśmy się już do tego mieszkania dwa lata temu, ale wszystko wygląda tak, jakby to było wczoraj.
Walę z całej siły w czarne drzwi, na których wymalowane są czaszki i napisy „wejdziesz – zginiesz”. Cóż, przyznam, że ja w wieku czternastu lat nie buntowałam się tak jak Percy. Rodzice chyba są szczęśliwi, że mam już ten okres za sobą. Mama powiedziała niedawno, że „teraz jestem poważniejsza, doroślejsza i zyskałam w jej i oczach innych”. Podejrzewam, że miała rację – nikt nie wziąłby rozkapryszonego bachora na poważnie.
- Percy! – wrzeszczę.
Zza drzwi nie dochodzi żadna muzyka, której mój brat słucha notorycznie. Zazwyczaj jest to metal, rocka słucha, kiedy ma dobre dni.
- Percy! – powtarzam.
Zniecierpliwiona kopię ciemne drzwi, który otwierają się na oścież.
Łóżko jest niedbale pościelone. Nikogo w nim nie ma.
Znowu się wymknął.
Wszędzie leżą brudne ubrania, pełno papierków i puszek po energetyzujących napojach. Komputer wytrwale przypomina o sobie cicho piszcząc. Pewnie był włączony przez całą noc.
Kopię stertę płyt z jakąś ciężką muzyką, która momentalnie się rozpada.
- Mamo! – wrzeszczę tak, aby rodzice usłyszeli. – Znowu go nie ma!
Już mam wyjść z pokoju, kiedy moją uwagę przykuwa jakaś kartka byle jak wepchnięta pomiędzy dwie płyty. Schylam się i podnoszę ją. Jest zgnieciona, więc prostuję ją smukłymi palcami.
Zamieram na widok rysunku nabazgranego na kawałku papieru. Linie są rysowane z precyzją, a cały kształt specjalnie podkreślony.
Klepsydra.
Pospiesznie chowam kartkę do kieszeni dżinsów.
Odkąd pamiętam zawsze i wszędzie rysowałam klepsydry. Nie wiem co to znaczy, ale jedno jest pewnie – to nie przypadek.
Teraz i Percy zaczął. Nigdy wcześniej nie zauważyłam, aby je rysował. Mama udawała, że to normalne, kiedy w dzieciństwie cały czas je malowałam. Tata też szczególnie się nie przejął. A psycholog powiedziałby, że „przecież każde dziecko ma jakiś swój ulubiony symbol, który wszędzie rysuje. To normalnie. W końcu jej przejdzie”.
Ale to nadal nie przeszło.
- Wychodzę! – krzyczę pół godziny później ubrana i spakowana.
- Lennie? Zaczekaj chwilę! – słyszę jakieś szmery z kuchni i przystaję. Schylam się i wiążę buty.
- Mamo, spieszę się. – niecierpliwie podryguję nogą. Opieram się o ścianę, a torbę kładę na podłodze.
Po chwili z kuchni wyłania się mama. Włosy upięła w wysoki kucyk – tak jak zawsze, gdy gotuje.
Wyciera ręce w fartuch z napisem „Kuchareczka” i przypatruje mi się chwilę.
- Idziesz w tej bluzce? Jest zimno. – mówi niepewnie.
- O co ci chodzi? – nie rozumiem. Mama nigdy nie czepia się takich rzeczy.
- Jest zimno. Powinnaś założyć bluzkę z mniejszym dekoltem.
- Więc chodzi o dekolt? – przechylam głowę i opieram ręce na biodrach.
- Nie, po prostu jest za zimno. Poza tym, kiedyś wolałaś ukrywać bliznę. – tłumaczy mama.
- Więc nie chodzi ani o dekolt ani o pogodę.
- Nie lubię się kłócić. Po prostu ubierz inną bluzkę. Albo weź szalik –waha się chwilę, po czym idzie do swojej sypialni.
Wywracam oczami, ale posłusznie obwiązuję szyję szalikiem.
Chwytam klamkę, otwieram drzwi i właśnie mam wychodzić, kiedy mama staje obok mnie.
- Jeszcze nie skończyłam – i zamyka drzwi kopnięciem.
Zauważam, że trzyma w dłoni małe granatowe pudełeczko na biżuterię. Na pokrywce napisane jest „Veidth” – nie mam pojęcia co to znaczy.
Po chwili otwiera je i moim oczom ukazują się dwa identyczne naszyjniki. Nogi się pode mną uginają, kiedy rozpoznaję znak na obu wisiorkach – klepsydry. Znowu.
Ogólnie wyglądają dosyć normalnie, na srebrnym łańcuszku wisi coś podobne do monety, na której wyryty jest ten nieszczęsny znak prześladujący mnie.
- Weź jeden, drugi daj Percy’emu – mówi mama ściszonym głosem.
- Ale co to?
Zaciska usta.
- Teraz nie mogę ci powiedzieć. Nie mów o tym nikomu, nawet tacie.
- Dlaczego?!
- Tata wie, że wam je kiedyś przekażę, ale nie mów mu, że to już nastąpiło. Po prostu… mi zaufaj.
Marszczę czoło i biorę do rąk pudełeczko.
Nagle blizna na prawym obojczyku zaczyna mnie szczypać. Krzywię się.
Dziwi mnie to, że mama nie pyta, jaka jest przyczyna mojej kwaśnej miny. Zawsze o to pyta. Zamiast tego przygląda mi się zatroskana.
- Alison?! Musimy już jechać, bo się zaraz spóźnię! – słyszę głos taty dobiegający z sypiali.
- Idę! – odkrzykuje mama – pamiętaj… nie ufaj Krukom. Strażnik Czasu sam cię odnajdzie – szepcze mi do ucha i mocno przytula – kocham cię. I nigdy nie przestanę. Opiekuj się bratem i… i nie załam się. Zrób to dla mnie. Ostatnia obietnica.
- Co? Mamo, co ty gadasz?
Zamiast odpowiedzi, Alison całuje mnie w czoło i jeszcze raz przytula.
- Żegnaj.
- Mamo!
- Idź już – mówi i popycha mnie w stronę drzwi. – Teraz – pogania mnie.
Mama wypycha mnie z mieszkania. Oszołomiona stoję na klatce schodowej i kurczowo ściskam granatowe pudełeczko.

Dzwonek rozbrzmiewa akurat kiedy pan Gregory ma sprawdzić moją wiedzę. Szybko zmywam się z klasy i pędzę do biblioteki.
Naszyjniki w pudełeczku dziwnie ciążą mi w kieszeni kurtki.
Wbiegam zdyszana do pomieszczenia przepełnionego książkami. Wciągam zapach starych książek, a po chwili kicham.
- Witaj, Lynn – bibliotekarka, pani Ferney uśmiecha się do mnie serdecznie – dzisiaj na dłużej, czy na krócej?
- Krócej. Niedługo mam lekcje – odpowiadam z niechęcią – Annabeth już jest?
- Tak. Zresztą wiesz, gdzie ją znaleźć.
Oczywiście, że wiem. Przy komputerze.
Annabeth to moja… dalsza przyjaciółka. Nie od serca, ale większość rzeczy jej mówię. Czasami spotykamy się po szkole, bardzo się różnimy, ale w jednym się zgadzamy – obie nienawidzimy Jennifer.
Ann jest niską blondynką, ja natomiast jestem wysoką brunetką. Mam bladą cerę i duże niebieskie oczy, Annabeth też, ale na tym kończą się nasze podobieństwa. Ona przychodzi do biblioteki tylko po to, aby skorzystać z komputera, a ja zagłębiam się w książkach. Nie jem słodyczy, ona natomiast tylko nimi żyje. A co najważniejsze – ma samochód. Nie jest to jakaś super wypasiona bryka, którą można jeździć środkiem miasta i krzyczeć „Gińcie, małe robaki!”, ale ma cztery kółka i kierownicę.  
A ja nie mam samochodu i tylko na niej mogę polegać jeśli chodzi o transport. Czuję, jakbym była dla niej ciężarem, że wszędzie musi mnie wozić. Zapewniała, że to drobiazg, ale ja czuję się dziwnie.
- Lynn, gwiazdeczko, mam nadzieję, że nie natknęłaś się na anorektyczną świnię przy wejściu? Kiedy wchodziłam tutaj zawołała „Och, popatrzcie! Ostatnia taka z gatunku wymierającego!”. Pewnie mówiła o sobie. – wita mnie Annabeth.
Cóż, krążą różne przezwiska Jennifer nadane przez uczniów poszkodowanych. Ta dziewczyna od dziecka mnie nienawidzi, choć nie wiem dlaczego. Kiedy kupię sobie samochód, przejadę ją.
- Nie, na szczęście. Co robisz? – dosiadam się do niej i wyciągam z torby książki do matematyki.
- No pewnie, że się z tobą pouczę, przecież wiesz, jak to kocham – mówi sarkastycznie Ann.
Mrużę oczy i wysuwam dolną część szczęki do przodu.
- Nie będę się uczyć w tak ważnej chwili. Słyszałam, że ma dojść jakiś nowy. W sensie, no wiesz, do klasy. Klasa pani Whilman się rozpadła, umarł jej brat, załamała się kobitka no i odeszła z pracy. Nie ma kto jej zastąpić, to podzielili klasę i powrzucali kilka osób do innych.
- I co to ma do rzeczy? – otwieram książkę i uważnie wpatruję się w cyferki próbując zrozumieć zadanie.
- Ten nowy, podobno niezły seksiak, nazywa się Tobias Raven. Przeszukuję różne portale, żeby znaleźć jego profil. Muszę zapoznać się z nowym menu – Ann zaczyna pisać coś na klawiaturze.
Pochylam się nad książką i próbuję się skoncentrować. Jak mam zrobić zadanie, skoro moje myśli są daleko stąd?
- Swoją drogą, gdzie to słyszałaś? – pytam nagle.
Annabeth przestaje pisać i spogląda na mnie uważnie.
- Ma się te kontakty – wyraźnie przedłuża ostatnie słowo.
- Ann! – pochylam się w jej stronę – mówiłaś, że już nie będziesz! – syczę.
Dziewczyna rozgląda się wokół, czy nikogo nie ma i również pochyla się w moim kierunku.
- Danny powiedział, że w Delph były duże wyprzedaże i podobno zostało już mało towaru! Nie mogłam nie skorzystać! – odszeptuje.
- Miałaś przestać wykorzystywać pana Vito! Może nawet wylecieć z pracy, kiedy ktoś doniesie mu, że podrywasz go tylko po to, aby zerwać się ze szkoły. I on jeszcze ci pozwala!
- To był ostatni raz. Obiecuję. – unosi ręce w górę jako potwierdzenie.
- A ten Tobias… Znam go? – zaczynam beznamiętnie.
Ann uśmiecha się ukradkiem. Kładzie łokieć na biurko i opiera na nim głowę, patrząc gdzieś za moimi plecami.
- Ślinka ci cieknie. – zauważam kąśliwie.
- Tobie też pocieknie, jak go zobaczysz.
- Nie zobaczę, nie mam zamiaru.
- Spróbuj go nie zauważyć. Właśnie tutaj idzie.
Energicznie odwracam się za siebie.
Zbliża się ku nam chłopak o ciemnych włosach. Wygląda na czternaście lat, nie na siedemnaście. Ma dosyć miłą twarz, na której zagościł łobuzerski uśmiech. Chyba jest wyższy ode mnie, co już dodaje mu u mnie dziesięć punktów.
- Witam drogie panie – odgarnia grzywkę z czoła – czy znajdę tutaj niejaką – spogląda na kartkę trzymaną przez niego w ręce – Lynn Parnell?
Annabeth odwraca się w stronę okna i zasłania dłonią usta. Słyszę z jej strony cichy śmiech.
Uśmiecham się sztucznie.
- To ja, w czymś pomóc?
- Tak, pewna dziewczyna kazała przekazać ci, że powinnaś lepiej zamykać szafkę.
- Śmieszne.
- Faktycznie.
Gniewnie mrużę oczy i od razu wiem, że go nie polubię.
- Pani James powiedziała, że masz do niej przyjść. Jeszcze przed lekcjami.
- Po co?
- Skąd mam wiedzieć? – wkłada lewą rękę do kieszeni dżinsów, a prawą chwyta pasek od torby na książki. Jest na niej pełno przypinek.
Wzdycham i zaczynam pakować książki do torby. Wyciągam telefon i sprawdzam wyświetlacz.
Osiem minut do dzwonka. Zdążę.
- Zobaczymy się później. – rzucam do Annabeth i kieruję się ku wyjściu.
Zauważam, że Tobias idzie za mną.
- Coś jeszcze? – przystaję i obieram ręce na biodrach.
- Z tą szafką mówiłem serio.
Wywracam oczami.
- Wiem, że włożyła tam farbę, która wybuchnie, kiedy otworzę szafkę – ruszam do drzwi i mocno je popycham.
- Więc to nie pierwszy raz? – chłopak wytrwale podąża za mną.
- Nie. Zresztą, co ci do tego? Nie masz jakiś innych zajęć?
- Mam, ale chcę poznać nową klasę. Jestem Tobias – wyciąga ku mnie rękę, a ja ją ignoruję.
Ludzie nigdy do mnie nie lgnęli, a tym bardziej chłopcy.
- Wybacz, nie dam dziś odpisać matmy, sama jej nie mam.
- Co? Nie chcę odpisać. Po prostu lubię poznawać ludzi.
Zatrzymuję się i przecieram czoło dłonią.
- Słuchaj, nie mam dziś ochoty na żarty. Idź sobie powkurzaj kogo innego, okej? Choć raz zostawcie mnie w spokoju. – wzdycham zmęczona.
- Masz niską samoocenę – zauważa Tobias.
Nie mam już siły dalej się kłócić więc pozwalam mu, aby szedł razem ze mną.
W końcu jadaczka mu się zamyka i już nic nie mówi, tylko uparcie podąża za mną. Docieramy do starych drzwi z tabliczką „SEKRETARIAT – Denley James”. Pukam i otwieram drzwi.
- Do zobaczenia na lekcji – żegna się Tobias i odchodzi.
Wchodzę do małego pomieszczenia, w którym roi się od papierów. Naprzeciwko wejścia stoi masywne drewniane biurko ze starym komputerem. Obok drzwi stoją dwa krzesła, a na jednym z nich siedzi przygarbiona postać z kapturem na głowie.
- Dzień dobry, Lynn – wita się ze mną pani James.
- Dzień dobry?
- Wezwałam cię, ponieważ ktoś potrzebuje twojej pomocy. To jest Max – wskazuje na chłopaka na krześle – jest u nas nowy, więc może oprowadziłabyś go po szkole i przedstawiła paru uczniom? – podsuwa.
Wzdycham z dezaprobatą.
Najgorszy dzień w moim życiu.
- Dlaczego ja? Przecież pani wie, że nie mam tu wielu przyjaciół. Poza tym Jennifer bardziej się do tego nadaje!
- Tak, wiem, ale uznałam, że dobrze się uczysz i przy okazji pomożesz nowemu koledze w nauce. Musi się zaaklimatyzować. – pani Denley wstaje i podchodzi do wysokiej komody. Otwiera jedną w szuflad i grzebie w niej.
- Nie może tego zrobić ktoś inny? Ktokolwiek? – próbuję jeszcze raz.
- Już mówiłam, ty najbardziej się nadajesz. Chyba ci to nie przeszkadza? – odwraca się do nas i palcem poprawia okulary zsuwające się jej z nosa.
- Nie, skądże. Oczywiście, że go oprowadzę. Przecież nie mam nic do roboty, tylko użerać się z nowymi – mamroczę.
Pani James ignoruje moje uwagi i podchodzi do Max’a. Podaje mu jakiś plik kartek.
Chłopak wstaje i szykuje się do wyjścia.
- Tu jest twój plan lekcji i inne potrzebne ci informacje – mówi i otwiera nam drzwi – pierwszą lekcję macie chyba akurat tę samą, więc Lynn, zadbaj o Max’a. – i wygania nas z sekretariatu.
Opieram się o ścianę i przecieram twarz rękoma.
 Max ściąga ciemny kaptur i moim oczom ukazuje się nawet przystojny chłopak. Ma jasne włosy, które niedbale opadają na czoło – chyba nigdy nie używał grzebienia. Ma nieskazitelnie gładką skórę i niebieskie oczy. Uśmiecha się do mnie, jakby zobaczył smakowity kąsek.
- Lynn – mówi przedłużając każdą literę.
Unoszę brwi i czekam.
- Lynn – powtarza.
Dopiero teraz zauważam jaki ma niesamowity uśmiech.
Po chwili otrząsam się i spostrzegam, że na korytarzu nikogo nie ma.
- Był już dzwonek – mamroczę i idę w kierunku sali historycznej.
Max idzie za mną wolno, nigdzie się nie spiesząc.
Rany, nie dość, że Tobias się na mnie uwziął, to teraz jeszcze dostanę ochrzan od nauczycieli, za spóźnianie.
- Pospiesz się – odwracam głowę w kierunku chłopaka.
- Po co? Czas płynie, ale nie kontrolujemy go. Możemy tylko udawać, że go zatrzymujemy. W rzeczywistości nic nie jest takie, jakie się wydaje.
Zatrzymuję się i odwracam do Max’a.
Marszczę czoło.
- Ty coś jarałeś?

Podczas gdy pan Livingstone zanudza nas kolejną dawką historii, rozlega się pukanie do klasy. Nauczyciel odwraca się w stronę klasy i wyczekująco patrzy na drzwi.
Wszyscy z zaciekawieniem wyciągają szyję - nawet ci co spali. Ostatnia lekcja, tak to bywa.
Słyszę szarpnięcie klamką i do sali wchodzi jakiś mężczyzna. Dopiero potem rozpoznaję w nim tatę.
- Dzień dobry. Muszę zabrać moją córkę, Lynn Parnell, z lekcji.
Nauczyciel historii unosi brwi.
- Z jakiego powodu?
- A to chyba nie pana sprawa? – rzuca szorstko do pana Livingstone. – Chodź, Lynn, szybko.

--------

Cześć!
I kolejny rozdział dla was ;> Starałam się, aby był jak najdłuższy, więc myślę, że jesteście zadowoleni.

Pozdrawiam,
Primrose.

niedziela, 19 stycznia 2014

Prolog - TAJEMNICA.

- Dziewczynka czy chłopiec? – mężczyzna emanuje złością.
- Chłopiec – odpowiada kobieta – Dziewczynka ma już trzy lata. Razem z Gilbertem nazwaliśmy ją…
- Przestań! – przerywa jej – Nie chcę znać jej imienia. Wiesz, że naraziłaś dzieci na ogromne niebezpieczeństwo? – mężczyzna dotyka naszyjnika na swojej szyi. Delikatnie przesuwa opuszkiem palca po wyrytej klepsydrze.
- Wiem. Ale ochronię je. Ty je ochronisz… Prawda? Powiedz mi, że je ochronisz. – kobieta opiera ręce na drewnianym stole. Na jej ręce pulsuje żyła.
Towarzysz cmoka z niezadowoleniem.
- Ochronię – mamrocze.
- Obiecaj – unosi głos kobieta.
Mężczyzna podnosi głowę i upija łyk wody.
- Obiecaj. – powtarza.
- Obiecuję.
- Dziewczynka nazywa się… – zaczyna jeszcze raz pospiesznie kobieta.
- Przestań! – wrzeszczy mężczyzna – mówiłem, nie chcę znać ich imion. Już i tak mam przechlapane. Nie chcę. Rozumiesz? Nie mogę.
- Posłuchaj mnie, do cholery – wymusza ciemnowłosa – O niczym nie wiedzą, chłopiec jeszcze nie ma blizny.
- Dziewczynka zaczęła już je rysować? – mężczyzna przeczesuje palcami jasne włosy.
- Tak. Pyta mnie o różne rzeczy i już śnią jej się Kruki. Niedługo muszę ją zabrać do Filemona. Musi zapomnieć. Gilbert nie jest tym zachwycony, ale rozumie powagę sytuacji. Chyba zdajesz sobie sprawę…
- Tak, wiem – mężczyzna wywraca oczami.
Kobieta siada na krześle i opiera głowę na rękach. Przyjaciel spuszcza z tonu i przysiada się do niej.
- Ona jest… inna. Naprawdę. Z nią będzie inaczej. Poza tym myślę, że mogą być T Y M I dziećmi – mówi zmęczonym głosem kobieta.
On spogląda na nią z powagą.
- T Y M I?
- Tak. Dlatego masz je chronić. Za wszelką cenę. I postaraj się nie zbliżać do dziewczynki.
Jasnowłosy wzdycha.
- Znam już datę – odzywa się nagle kobieta.
Jej towarzysz milczy.
- Dwudziestego pierwszego marca.
Mężczyzna głośno przełyka ślinę. Wstaje, a na odchodnym szepcze:
- Żegnaj, Alison.

---------

Hi.
Blog założony pochopnie. Ponieważ zaczęłam pisać kolejne opowiadanie (pierwsze: http://co-jesli-swiata-nie-bedzie.bloblo.pl/ jeszcze nie skończone) w Wordzie, pomyślałam, że mogłabym zacząć je już publikować. 
Rozdziały będą pojawiać się do jakieś pół miesiąca, ponieważ jak wiecie - mam na głowie jeszcze jedno opowiadanie, które muszę zakończyć + obowiązki szkolne i domowe. Postaram się, aby rozdziały były długie, tak aby zaspokoić waszą potrzebę.
Mam cichą nadzieję, że ktoś będzie to czytać.

Pozdrawiam,
Primrose.