Ze snu wyrywa mnie jakiś dźwięk. Jakby ktoś rzucił kamieniem
w okno.
Niechętnie otwieram oczy. Rozglądam się po pokoju, w którym
panuje półmrok.
Wydaje mi się, jakby za oknem śmignął jakiś cień. Mrużę oczy
i jeszcze przez chwilę wpatruję się w widok za oknem. Wiatr mocno łomocze o
szybę. W końcu idę spać.
Mama jak co rano siada na mahoniowym krześle w kuchni i pije
kawę.
Jeszcze nie przekraczam progu, a tata nie podnosząc głowy
znad gazety mamrocze:
- Dzień dobry, Lynn.
- Witaj, Lennie – mama uśmiecha się. – Jak się spało? – pyta
retorycznie.
Od zawsze nazywa mnie pieszczotliwie Lennie, choć mam na
imię Lynn.
- Siadaj, zaraz podam śniadanie. Zawołaj tylko Percy’ego. – wstaje
od stołu i zanosi pustą filiżankę do kuchni.
- I tak nie przyjdzie. – opieram się o ścianę i zakładam
ręce na piersi.
- Ale przynajmniej będzie wiedział, że tego oczekujemy. Idź.
– tata niecierpliwie drapie się po brodzie.
Niechętnie prostuję się i wychodzę z kuchni. Przemierzam
krótki korytarz wypchany kartonowymi pudłami, których mamie nigdy nie chce się
rozpakować. Co prawda wprowadziliśmy się już do tego mieszkania dwa lata temu,
ale wszystko wygląda tak, jakby to było wczoraj.
Walę z całej siły w czarne drzwi, na których wymalowane są
czaszki i napisy „wejdziesz – zginiesz”. Cóż, przyznam, że ja w wieku
czternastu lat nie buntowałam się tak jak Percy. Rodzice chyba są szczęśliwi,
że mam już ten okres za sobą. Mama powiedziała niedawno, że „teraz jestem
poważniejsza, doroślejsza i zyskałam w jej i oczach innych”. Podejrzewam, że
miała rację – nikt nie wziąłby rozkapryszonego bachora na poważnie.
- Percy! – wrzeszczę.
Zza drzwi nie dochodzi żadna muzyka, której mój brat słucha
notorycznie. Zazwyczaj jest to metal, rocka słucha, kiedy ma dobre dni.
- Percy! – powtarzam.
Zniecierpliwiona kopię ciemne drzwi, który otwierają się na
oścież.
Łóżko jest niedbale pościelone. Nikogo w nim nie ma.
Znowu się wymknął.
Wszędzie leżą brudne ubrania, pełno papierków i puszek po
energetyzujących napojach. Komputer wytrwale przypomina o sobie cicho piszcząc.
Pewnie był włączony przez całą noc.
Kopię stertę płyt z jakąś ciężką muzyką, która momentalnie
się rozpada.
- Mamo! – wrzeszczę tak, aby rodzice usłyszeli. – Znowu go
nie ma!
Już mam wyjść z pokoju, kiedy moją uwagę przykuwa jakaś
kartka byle jak wepchnięta pomiędzy dwie płyty. Schylam się i podnoszę ją. Jest
zgnieciona, więc prostuję ją smukłymi palcami.
Zamieram na widok rysunku nabazgranego na kawałku papieru.
Linie są rysowane z precyzją, a cały kształt specjalnie podkreślony.
Klepsydra.
Pospiesznie chowam kartkę do kieszeni dżinsów.
Odkąd pamiętam zawsze i wszędzie rysowałam klepsydry. Nie
wiem co to znaczy, ale jedno jest pewnie – to nie przypadek.
Teraz i Percy zaczął. Nigdy wcześniej nie zauważyłam, aby je
rysował. Mama udawała, że to normalne, kiedy w dzieciństwie cały czas je
malowałam. Tata też szczególnie się nie przejął. A psycholog powiedziałby, że
„przecież każde dziecko ma jakiś swój ulubiony symbol, który wszędzie rysuje.
To normalnie. W końcu jej przejdzie”.
Ale to nadal nie przeszło.
- Wychodzę! – krzyczę pół godziny później ubrana i
spakowana.
- Lennie? Zaczekaj chwilę! – słyszę jakieś szmery z kuchni i
przystaję. Schylam się i wiążę buty.
- Mamo, spieszę się. – niecierpliwie podryguję nogą. Opieram
się o ścianę, a torbę kładę na podłodze.
Po chwili z kuchni wyłania się mama. Włosy upięła w wysoki
kucyk – tak jak zawsze, gdy gotuje.
Wyciera ręce w fartuch z napisem „Kuchareczka” i przypatruje
mi się chwilę.
- Idziesz w tej bluzce? Jest zimno. – mówi niepewnie.
- O co ci chodzi? – nie rozumiem. Mama nigdy nie czepia się
takich rzeczy.
- Jest zimno. Powinnaś założyć bluzkę z mniejszym dekoltem.
- Więc chodzi o dekolt? – przechylam głowę i opieram ręce na
biodrach.
- Nie, po prostu jest za zimno. Poza tym, kiedyś wolałaś
ukrywać bliznę. – tłumaczy mama.
- Więc nie chodzi ani o dekolt ani o pogodę.
- Nie lubię się kłócić. Po prostu ubierz inną bluzkę. Albo
weź szalik –waha się chwilę, po czym idzie do swojej sypialni.
Wywracam oczami, ale posłusznie obwiązuję szyję szalikiem.
Chwytam klamkę, otwieram drzwi i właśnie mam wychodzić, kiedy
mama staje obok mnie.
- Jeszcze nie skończyłam – i zamyka drzwi kopnięciem.
Zauważam, że trzyma w dłoni małe granatowe pudełeczko na
biżuterię. Na pokrywce napisane jest „Veidth” – nie mam pojęcia co to znaczy.
Po chwili otwiera je i moim oczom ukazują się dwa identyczne
naszyjniki. Nogi się pode mną uginają, kiedy rozpoznaję znak na obu wisiorkach
– klepsydry. Znowu.
Ogólnie wyglądają dosyć normalnie, na srebrnym łańcuszku
wisi coś podobne do monety, na której wyryty jest ten nieszczęsny znak prześladujący mnie.
- Weź jeden, drugi daj Percy’emu – mówi mama ściszonym
głosem.
- Ale co to?
Zaciska usta.
- Teraz nie mogę ci powiedzieć. Nie mów o tym nikomu, nawet
tacie.
- Dlaczego?!
- Tata wie, że wam je kiedyś przekażę, ale nie mów mu, że to
już nastąpiło. Po prostu… mi zaufaj.
Marszczę czoło i biorę do rąk pudełeczko.
Nagle blizna na prawym obojczyku zaczyna mnie szczypać.
Krzywię się.
Dziwi mnie to, że mama nie pyta, jaka jest przyczyna mojej
kwaśnej miny. Zawsze o to pyta. Zamiast tego przygląda mi się zatroskana.
- Alison?! Musimy już jechać, bo się zaraz spóźnię! – słyszę
głos taty dobiegający z sypiali.
- Idę! – odkrzykuje mama – pamiętaj… nie ufaj Krukom.
Strażnik Czasu sam cię odnajdzie – szepcze mi do ucha i mocno przytula – kocham
cię. I nigdy nie przestanę. Opiekuj się bratem i… i nie załam się. Zrób to dla
mnie. Ostatnia obietnica.
- Co? Mamo, co ty gadasz?
Zamiast odpowiedzi, Alison całuje mnie w czoło i jeszcze raz
przytula.
- Żegnaj.
- Mamo!
- Idź już – mówi i popycha mnie w stronę drzwi. – Teraz –
pogania mnie.
Mama wypycha mnie z mieszkania. Oszołomiona stoję na
klatce schodowej i kurczowo ściskam granatowe pudełeczko.
Dzwonek rozbrzmiewa akurat kiedy pan Gregory ma sprawdzić
moją wiedzę. Szybko zmywam się z klasy i pędzę do biblioteki.
Naszyjniki w pudełeczku dziwnie ciążą mi w kieszeni kurtki.
Wbiegam zdyszana do pomieszczenia przepełnionego książkami.
Wciągam zapach starych książek, a po chwili kicham.
- Witaj, Lynn – bibliotekarka, pani Ferney uśmiecha się do
mnie serdecznie – dzisiaj na dłużej, czy na krócej?
- Krócej. Niedługo mam lekcje – odpowiadam z niechęcią –
Annabeth już jest?
- Tak. Zresztą wiesz, gdzie ją znaleźć.
Oczywiście, że wiem. Przy komputerze.
Annabeth to moja… dalsza przyjaciółka. Nie od serca, ale
większość rzeczy jej mówię. Czasami spotykamy się po szkole, bardzo się
różnimy, ale w jednym się zgadzamy – obie nienawidzimy Jennifer.
Ann jest niską blondynką, ja natomiast jestem wysoką
brunetką. Mam bladą cerę i duże niebieskie oczy, Annabeth też, ale na tym
kończą się nasze podobieństwa. Ona przychodzi do biblioteki tylko po to, aby
skorzystać z komputera, a ja zagłębiam się w książkach. Nie jem słodyczy, ona
natomiast tylko nimi żyje. A co najważniejsze – ma samochód. Nie jest to jakaś
super wypasiona bryka, którą można jeździć środkiem miasta i krzyczeć „Gińcie,
małe robaki!”, ale ma cztery kółka i kierownicę.
A ja nie mam samochodu i tylko na niej mogę polegać jeśli
chodzi o transport. Czuję, jakbym była dla niej ciężarem, że wszędzie musi mnie
wozić. Zapewniała, że to drobiazg, ale ja czuję się dziwnie.
- Lynn, gwiazdeczko, mam nadzieję, że nie natknęłaś się na
anorektyczną świnię przy wejściu? Kiedy wchodziłam tutaj zawołała „Och,
popatrzcie! Ostatnia taka z gatunku wymierającego!”. Pewnie mówiła o sobie. –
wita mnie Annabeth.
Cóż, krążą różne przezwiska Jennifer nadane przez uczniów
poszkodowanych. Ta dziewczyna od dziecka mnie nienawidzi, choć nie wiem
dlaczego. Kiedy kupię sobie samochód, przejadę ją.
- Nie, na szczęście. Co robisz? – dosiadam się do niej i
wyciągam z torby książki do matematyki.
- No pewnie, że się z tobą pouczę, przecież wiesz, jak to
kocham – mówi sarkastycznie Ann.
Mrużę oczy i wysuwam dolną część szczęki do przodu.
- Nie będę się uczyć w tak ważnej chwili. Słyszałam, że ma
dojść jakiś nowy. W sensie, no wiesz, do klasy. Klasa pani Whilman się
rozpadła, umarł jej brat, załamała się kobitka no i odeszła z pracy. Nie ma kto
jej zastąpić, to podzielili klasę i powrzucali kilka osób do innych.
- I co to ma do rzeczy? – otwieram książkę i uważnie
wpatruję się w cyferki próbując zrozumieć zadanie.
- Ten nowy, podobno niezły seksiak, nazywa się Tobias Raven.
Przeszukuję różne portale, żeby znaleźć jego profil. Muszę zapoznać się z nowym
menu – Ann zaczyna pisać coś na
klawiaturze.
Pochylam się nad książką i próbuję się skoncentrować. Jak
mam zrobić zadanie, skoro moje myśli są daleko stąd?
- Swoją drogą, gdzie to słyszałaś? – pytam nagle.
Annabeth przestaje pisać i spogląda na mnie uważnie.
- Ma się te kontakty – wyraźnie przedłuża ostatnie słowo.
- Ann! – pochylam się w jej stronę – mówiłaś, że już nie
będziesz! – syczę.
Dziewczyna rozgląda się wokół, czy nikogo nie ma i również
pochyla się w moim kierunku.
- Danny powiedział, że w Delph były duże wyprzedaże i
podobno zostało już mało towaru! Nie mogłam nie skorzystać! – odszeptuje.
- Miałaś przestać wykorzystywać pana Vito! Może nawet
wylecieć z pracy, kiedy ktoś doniesie mu, że podrywasz go tylko po to, aby
zerwać się ze szkoły. I on jeszcze ci pozwala!
- To był ostatni raz. Obiecuję. – unosi ręce w górę jako
potwierdzenie.
- A ten Tobias… Znam go? – zaczynam beznamiętnie.
Ann uśmiecha się ukradkiem. Kładzie łokieć na biurko i
opiera na nim głowę, patrząc gdzieś za moimi plecami.
- Ślinka ci cieknie. – zauważam kąśliwie.
- Tobie też pocieknie, jak go zobaczysz.
- Nie zobaczę, nie mam zamiaru.
- Spróbuj go nie zauważyć. Właśnie tutaj idzie.
Energicznie odwracam się za siebie.
Zbliża się ku nam chłopak o ciemnych włosach. Wygląda na
czternaście lat, nie na siedemnaście. Ma dosyć miłą twarz, na której zagościł
łobuzerski uśmiech. Chyba jest wyższy ode mnie, co już dodaje mu u mnie
dziesięć punktów.
- Witam drogie panie – odgarnia grzywkę z czoła – czy znajdę
tutaj niejaką – spogląda na kartkę trzymaną przez niego w ręce – Lynn Parnell?
Annabeth odwraca się w stronę okna i zasłania dłonią usta.
Słyszę z jej strony cichy śmiech.
Uśmiecham się sztucznie.
- To ja, w czymś pomóc?
- Tak, pewna dziewczyna kazała przekazać ci, że powinnaś
lepiej zamykać szafkę.
- Śmieszne.
- Faktycznie.
Gniewnie mrużę oczy i od razu wiem, że go nie polubię.
- Pani James powiedziała, że masz do niej przyjść. Jeszcze
przed lekcjami.
- Po co?
- Skąd mam wiedzieć? – wkłada lewą rękę do kieszeni dżinsów, a prawą chwyta pasek od torby na książki. Jest na niej pełno przypinek.
Wzdycham i zaczynam pakować książki do torby. Wyciągam telefon
i sprawdzam wyświetlacz.
Osiem minut do dzwonka. Zdążę.
- Zobaczymy się później. – rzucam do Annabeth i kieruję się
ku wyjściu.
Zauważam, że Tobias idzie za mną.
- Coś jeszcze? – przystaję i obieram ręce na biodrach.
- Z tą szafką mówiłem serio.
Wywracam oczami.
- Wiem, że włożyła tam farbę, która wybuchnie, kiedy otworzę
szafkę – ruszam do drzwi i mocno je popycham.
- Więc to nie pierwszy raz? – chłopak wytrwale podąża za
mną.
- Nie. Zresztą, co ci do tego? Nie masz jakiś innych zajęć?
- Mam, ale chcę poznać nową klasę. Jestem Tobias – wyciąga
ku mnie rękę, a ja ją ignoruję.
Ludzie nigdy do mnie nie lgnęli, a tym bardziej chłopcy.
- Wybacz, nie dam dziś odpisać matmy, sama jej nie mam.
- Co? Nie chcę odpisać. Po prostu lubię poznawać ludzi.
Zatrzymuję się i przecieram czoło dłonią.
- Słuchaj, nie mam dziś ochoty na żarty. Idź sobie powkurzaj
kogo innego, okej? Choć raz zostawcie mnie w spokoju. – wzdycham zmęczona.
- Masz niską samoocenę – zauważa Tobias.
Nie mam już siły dalej się kłócić więc pozwalam mu, aby
szedł razem ze mną.
W końcu jadaczka mu się zamyka i już nic nie mówi, tylko
uparcie podąża za mną. Docieramy do starych drzwi z tabliczką
„SEKRETARIAT – Denley James”. Pukam i otwieram drzwi.
- Do zobaczenia na lekcji – żegna się Tobias i odchodzi.
Wchodzę do małego pomieszczenia, w którym roi się od
papierów. Naprzeciwko wejścia stoi masywne drewniane biurko ze starym
komputerem. Obok drzwi stoją dwa krzesła, a na jednym z nich siedzi
przygarbiona postać z kapturem na głowie.
- Dzień dobry, Lynn – wita się ze mną pani James.
- Dzień dobry?
- Wezwałam cię, ponieważ ktoś potrzebuje twojej pomocy. To
jest Max – wskazuje na chłopaka na krześle – jest u nas nowy, więc może
oprowadziłabyś go po szkole i przedstawiła paru uczniom? – podsuwa.
Wzdycham z dezaprobatą.
Najgorszy dzień w moim życiu.
- Dlaczego ja? Przecież pani wie, że nie mam tu wielu
przyjaciół. Poza tym Jennifer bardziej się do tego nadaje!
- Tak, wiem, ale uznałam, że dobrze się uczysz i przy okazji
pomożesz nowemu koledze w nauce. Musi się zaaklimatyzować. – pani Denley wstaje
i podchodzi do wysokiej komody. Otwiera jedną w szuflad i grzebie w niej.
- Nie może tego zrobić ktoś inny? Ktokolwiek? – próbuję
jeszcze raz.
- Już mówiłam, ty najbardziej się nadajesz. Chyba ci to nie
przeszkadza? – odwraca się do nas i palcem poprawia okulary zsuwające się jej z
nosa.
- Nie, skądże. Oczywiście, że go oprowadzę. Przecież nie mam
nic do roboty, tylko użerać się z nowymi – mamroczę.
Pani James ignoruje moje uwagi i podchodzi do Max’a. Podaje
mu jakiś plik kartek.
Chłopak wstaje i szykuje się do wyjścia.
- Tu jest twój plan lekcji i inne potrzebne ci informacje –
mówi i otwiera nam drzwi – pierwszą lekcję macie chyba akurat tę samą, więc
Lynn, zadbaj o Max’a. – i wygania nas z sekretariatu.
Opieram się o ścianę i przecieram twarz rękoma.
Max ściąga ciemny
kaptur i moim oczom ukazuje się nawet przystojny chłopak. Ma jasne włosy, które
niedbale opadają na czoło – chyba nigdy nie używał grzebienia. Ma
nieskazitelnie gładką skórę i niebieskie oczy. Uśmiecha się do mnie, jakby
zobaczył smakowity kąsek.
- Lynn – mówi przedłużając każdą literę.
Unoszę brwi i czekam.
- Lynn – powtarza.
Dopiero teraz zauważam jaki ma niesamowity uśmiech.
Po chwili otrząsam się i spostrzegam, że na korytarzu nikogo
nie ma.
- Był już dzwonek – mamroczę i idę w kierunku sali
historycznej.
Max idzie za mną wolno, nigdzie się nie spiesząc.
Rany, nie dość, że Tobias się na mnie uwziął, to teraz
jeszcze dostanę ochrzan od nauczycieli, za spóźnianie.
- Pospiesz się – odwracam głowę w kierunku chłopaka.
- Po co? Czas płynie, ale nie kontrolujemy go. Możemy tylko
udawać, że go zatrzymujemy. W rzeczywistości nic nie jest takie, jakie się
wydaje.
Zatrzymuję się i odwracam do Max’a.
Marszczę czoło.
- Ty coś jarałeś?
Podczas gdy pan Livingstone zanudza nas kolejną dawką
historii, rozlega się pukanie do klasy. Nauczyciel odwraca się w stronę klasy i
wyczekująco patrzy na drzwi.
Wszyscy z zaciekawieniem wyciągają szyję - nawet ci co spali. Ostatnia lekcja, tak to bywa.
Słyszę szarpnięcie klamką i do sali wchodzi jakiś mężczyzna.
Dopiero potem rozpoznaję w nim tatę.
- Dzień dobry. Muszę zabrać moją córkę, Lynn Parnell, z
lekcji.
Nauczyciel historii unosi brwi.
- Z jakiego powodu?
- A to chyba nie pana sprawa? – rzuca szorstko do pana
Livingstone. – Chodź, Lynn, szybko.
--------
Cześć!
I kolejny rozdział dla was ;> Starałam się, aby był jak najdłuższy, więc myślę, że jesteście zadowoleni.
Pozdrawiam,
Primrose.