- O co chodzi? – pytam użerając się z torbą, która wypluwa
wszystkie rzeczy jakie do niej włożyłam.
Tata otwiera drzwi srebrnego volvo.
- Tato?
- Wskakuj – mówi zniecierpliwiony. Siadam na miejsce obok
kierowcy i zapinam pas.
- Tato! Dlaczego nie chcesz mi nic powiedzieć?
- Nie ma tu nic do gadania. – ucina.
Siada obok mnie i rusza. Jedziemy główną drogą przepełnioną
samochodami i korkami. W końcu skręcamy w jakąś mniej ruchliwą uliczkę.
- Czy to… czy to droga na policję? – marszczę czoło.
Tata milczy.
Mam rację, ponieważ chwilę później parkujemy przed
komisariatem policji.
Wysiadam z samochodu i rozglądam się wokół.
- Po co tu przyjechaliśmy?
Znowu nie odpowiada, ale założę się, że otarł łzę.
W końcu daję sobie spokój i przestaję zadawać pytania.
Posłusznie sunę za tatą i wchodzimy do budynku. Przechodzi mnie dreszcz.
Mijając jakieś pomieszczenie słyszę donośny głos reporterki
dochodzący z telewizora:
- …pomiędzy jedenastą a dwunastą zderzył się… - jakieś
szuranie zakłóca dalszą część - …kierowca ciężarówki wjechał w samochód, a
następnie uciekł z miejsca zdarzenia… - znowu szuranie - …zginęła jedna osoba,
zero świadków…
Przystaję obok uchylonych drzwi, skąd dochodzi relacja
reporterki.
- Myślisz, że to zwykły przypadek? – jakiś mężczyzna siedzi
na krześle, a nogi oparte ma o biurko. Widzę połyskującą odznakę, więc wiem, że
jest policjantem.
- No co ty – odpowiada mu drugi, grubszy – gołym okiem
widać, że facet specjalnie wjechał w kobietę. Zielony samochód został
doszczętnie zgnieciony. – kroi jabłko na kawałki, a jeden z nich wrzuca sobie
do ust – Zresztą uciekł z miejsca zdarzenia, więc od razu śmierdzi to zaplanowanym
wypadkiem…
- Chodź, Lynn – pogania mnie tata.
Otrząsam się i ruszam za ojcem. Mijamy kolejne
pomieszczenia, aż w końcu docieramy do drzwi z tabliczką „detektyw Fley
Castellan”. Tata puka i otwiera mu jakiś mężczyzna. Wygląda grubo po
trzydziestce, ma rzadkie ciemne włosy i kilkudniowy zarost.
- Witam, panie Parnell. Zapraszam – detektyw otwiera szerzej
drzwi i wchodzimy do przestronnego pomieszczenia. Na środku znajduje się
biurko, na którym wszystko jest schludnie poukładane. Właściwie w całym pokoju
jest tylko biurko, dwie półki, kilka krzeseł i mały stolik przy drzwiach.
Po co tu przyszliśmy? Przecież nikogo nie zabiłam, nawet nie
ukradłam. No, może kiedyś, ale na obecną chwilę jestem czysta.
- Siadajcie, proszę. – pan Castellan wskazuje krzesła
naprzeciwko biurka. Siadamy na nich, zaś on sam siada przy biurku.
Uważnie przypatruję się tacie, czasami zerkam też na
detektywa.
- Znaliście państwo niejaką Alison Parnell?
- Tak. Ja jestem… byłem… jestem jej mężem, a to jej córka,
Lynn – krztusi ojciec.
- Więc zapewne wiecie, że pani Parnell miała wypadek. Poważny.
W jej samochód wjechała ciężarówka, która zgniotła jej służbową Toyotę.
Kierowca zbiegł z miejsca wypadku, sądzimy więc, że nie był to przypadek. Czy
pani Alison miała jakiś wrogów? – detektyw Castellan splata ręce i kładzie je
na biurku.
- A co z mamą? Jak ona się czuje? – przerywam mu.
Tata odwraca się moją stronę. Ma czerwoną twarz, jakby cały
dzień płakał. Wpatruje się we mnie uważnie i łapie moją rękę. Ściska ją mocno.
- Alison Parnell zginęła na miejscu. Nic nie mogło jej
uratować.
Słowa docierają do mnie powoli, analizuję je dokładnie.
Dopiero po chwili rozumiem ich znaczenie. Mama miała wypadek. Zginęła. Nie ma
jej. Umarła. Nieuważny kierowca zgniótł jej samochód. Zginęła, odeszła.
Wpatruję się w detektywa Castellan i kilka razy mrugam.
Zamykam oczy i zaczynam nucić piosenkę z dzieciństwa, którą mama zawsze mi
śpiewała do snu.
Nie ma jej.
Pan Fley i tata chyba coś do mnie mówią. Nic nie dociera do
moich uszu i mózgu. Słyszę tylko piosenkę mamy.
Mechanicznie wstaję z krzesła i otwieram drzwi. Biegnę
mijając te same pomieszczenia co poprzednio. W końcu wypadam na świeże
powietrze i zaczynam się dusić. Chcę wyjąć z torby chusteczki, ale dopiero
teraz zauważam, że pozostała na komisariacie.
Odeszła.
Biegnę potrącając przypadkowych ludzi. Cieknie mi z nosa i
oczu. Przecieram twarz rękawem cienkiej kurtki.
Po jakimś czasie moje nogi odmawiają posłuszeństwa.
Zauważam, że dotarłam do parku. Musiałam chyba biegać w kółko, bo jest już
późno. Ulice opustoszały, latarnie rozświetlają ciemną noc.
Zginęła.
Przysiadam na pobliskiej ławce. Moje oczy i uszy nic nie
rejestrują. Siedzę wpatrzona w pustą dal, która nieubłaganie zbliża się ku
mnie.
Powieki zaczynają mi ciążyć, więc pozwalam im opaść. Zwijam
się w kłębek i kładę na zimnej ławce. Ostatnie co do mnie dociera, to jakiś
głos mimowolnie docierający do mózgu.
Umarła.
Co ludzie pozostawiają po sobie, kiedy przychodzi ich czas? Zapewne
dużo przedmiotów, zdjęć. I wspomnienia.
Najgorsze jest jednak to, że to jeszcze nie był czas mamy.
Ona miała prawo żyć. Jeszcze długie lata. Miała zestarzeć się i mieszkać z tatą
na obrzeżach miasta w małym drewnianym domku. Mieliśmy wszyscy spotykać się w
święta. Jeść razem lody każdej środy w małej kawiarence „Felieppe” prowadzoną
przez chińskie małżeństwo.
A teraz tradycje zostały złamane. Pustki po mamie nie
zapełni nikt. Zawsze do całej układanki będzie brakować jednego puzzla.
Jedno krzesło przy stole zawsze będzie puste. Niebieska
filiżanka, z której mama codziennie rano piła kawę, będzie stać samotnie w
kuchni. Nikt nie będzie z niej korzystał.
A teraz już rozumiem co znaczyła "ostatnia obietnica".
Słyszę ciche skrzypnięcie drzwi. Nie odwracam się. Leżę
nieruchomo zagrzebana w pościeli. Po chwili czuję, że ktoś nade mną stoi.
Mam ochotę odwrócić się i krzyknąć „Mama! Miałam koszmar, w
którym zginęłaś w wypadku!” i wypłakać się na jej ramieniu.
Ale wiem, że to nie ona.
Po chwili ktoś kładzie się obok mnie na łóżku i słyszę cichy
płacz.
I wiem, że to nie mama. To Percy.
Dzień mija za dniem. Nawet nie fatyguję się, aby wstać z
łóżka, a co dopiero mówić o szkole. Czasami wpada Annabeth i wmusza we mnie
trochę jedzenia. Tata wiele razy próbował wyciągnąć mnie z pokoju, ale nie
udawało mu się to. Rozumiem to doskonale. Czuje się winny i nieprzydatny, bo
zamiast zająć się dziećmi, sam płacze po kątach i daje zły przykład.
A Percy przychodzi coraz częściej.
Pogrzeb odbywa się tydzień po wypadku. Przyszli znajomi mamy, dalsza rodzina, dziadkowie, Annabeth. Widzę też inne nieznajome osoby. Słyszę tylko: „tak mi przykro, Lynn”, „moje kondolencje”, „wszystko się ułoży”. A ja wiem, że to tylko puste słowa, kłamstwa.
Jedyne co podnosi mnie na duchu to obecność cioci Bridget i
jej męża Ricka. Ciocia to siostra taty, ale zawsze miałam z nią bliski kontakt.
Ma bujne rude włosy, jest nieco otyła, ale mimo wszystko i tak zawsze je
pączki. Ma poczucie humoru i zawsze dogryza tacie. Natomiast wujek Rick jest
chudy i wysoki, ma rzadkie ciemne włosy i jedyne co łączy go z ciocią to
poczucie humoru. Kiedy myślę o Bridget zawsze oczyma wyobraźni widzę ją w
fioletowej ciasnej spódnicy, z czarną torbą i pączkami. A wujka widzę z piwem i
papierosem.
Ciotka podchodzi do mnie i Percy’ego. Chwilę przygląda nam
się uważnie.
- Wiecie co? Zostaniemy z wami przez jakiś czas. Gilbert
ledwo żyje, a wy pewnie umieracie w tej ciasnej dziurze. Ktoś musi się wami
zająć. – i odchodzi w stronę Ricka. Chwilę z nim rozmawia, a potem zaczynają
się śmiać.
Dobrze, że nie ma dzieci, bo wtedy nie zajmowałaby się już
nami. A jej opieka zawsze była i jest nam potrzebna.
Ciocia Bridget mieszka w Irlandii, prowadzi tam jakiś butik.
Na wakacje często do niej wpadaliśmy, bo razem z Rickiem mieszkają w domku
dwupiętrowym. Mają duży ogród i wielkiego psa, który ma chyba z sześćdziesiąt
centymetrów. Przypomina buldoga, ale nie wiem co to za rasa. Ironią losu jest
to, że nazywa go Cukiereczkiem.
Czas wlecze się nieubłaganie. Chcę wrócić do domu i
zagrzebać się w łóżku. I nie wstawać.
Tymczasem muszę patrzeć na ciemną trumnę. Ksiądz coś gada
przez bite pół godziny. Nie wiem co się dzieje potem, bo odpływam.
Zamglonym wzrokiem wpatruję się w nagrobki. Cmentarz powoli
pustoszeje, ludzie rozchodzą się, a samochody odjeżdżają z głośnym piskiem
opon.
Zimne krople deszczu powoli spadają na ziemię. Po chwili
rozpoczyna się prawdziwa ulewa. Stoję przed świeżym grobem mamy cała
przemoknięta.
- Lynn? – słyszę za sobą głos Annabeth. Podchodzi do mnie z
parasolem.
- Lynn, musisz już jechać. Tata na ciebie czeka – przygląda mi
się uważnie.
- Nie chcę jechać – mamroczę.
Przyjaciółka patrzy na mnie ze szczerym współczuciem.
- Jeśli chcesz, mogę cię odwieźć – proponuje.
Lekko kiwam głową. Annabeth odwraca się i macha w stronę naszego
rodzinnego volvo. Słyszę jak samochód odjeżdża.
Ann uparcie stoi przy mnie z parasolem nad moją głową.
- Wiesz, myślę, że ona nie jest szczęśliwa, jeśli ignorujesz
cały świat i całe dnie spędzasz w łóżku.
- Nie może być szczęśliwa, bo nie żyje – burczę.
- Ale gdyby żyła.
- Ale nie żyje. I nikt tego nie zmieni – mówię przez łzy. -
Po prostu jej nie ma!
Annabeth mocno mnie przytula.
- Będzie dobrze – szepcze mi do ucha. – Będzie dobrze.
- Nie będzie – zaprzeczam.
- Będzie. Musisz tylko zacząć żyć – odrywa się ode mnie. – Jej śmierć to kawałek
twojego życia. Musisz nauczyć się z tym żyć. Musisz się z tym pogodzić, zaakceptować
to. – prowadzi mnie do samochodu. Krople uderzają o parasol wydając przy tym
ciche stukanie.
- Nie potrafię.
- Potrafisz. Jesteś silną dziewczyną. Potrafisz. Musisz w to
uwierzyć.
- Nie umiem w to nawet uwierzyć – spuszczam wzrok.
- W takim razie ja będę w to wierzyć.
Przyjaciółka milknie. Składa parasol i otwiera drzwi szarego
volkswagena. Robię to samo i siadam na miękkim siedzeniu. Zapinam pasy, a
Annabeth rusza.
Oddalamy się od cmentarza. Odwracam głowę i wpatruję się w cmentarne
nagrobki, które powoli nikną w deszczu.
Dopiero teraz uświadamiam sobie, że na tym cmentarzu
pozostawiłam cząstkę siebie i nigdy nie będę potrafiła jej stamtąd zabrać.
Słyszę ciche skrzypnięcie i wiem, że to znowu Percy. Myślę,
że teraz nieświadomie pomagamy sobie nawzajem.
Jak to w zwyczaju, Percy wślizguje się obok mnie. Odwracam
się w jego stronę.
Ma podpuchnięte oczy i wygląda naprawdę marnie. Przez chwilę
tylko na siebie patrzymy.
- Jak sobie z tym radzisz? – szepczę, próbując podnieść go na
duchu.
- Dobrze – odpowiada cicho.
Wpatruję się w niego uważnie i wiem, że kłamie.
- W ogóle sobie nie radzę. – wyznaje. – A ty?
Wzdycham.
- Ja też.
Patrzy na mnie ze zrozumieniem w oczach, a ja spostrzegam,
że oczy ma po niej. Przez chwilę dostrzegam w nim mamę.
- Lynn, musisz gdzieś wyjść! – ciotka Bridget różowym butem
rozgrzebuje stertę ciuchów. – Nie możesz wiecznie tu gnić!
- Mogę – burczę.
Ciotka rozsuwa zasłony w oknach, a pokój wypełnia poblask
słońca.
- Nie możesz. Dzwonię po Annabeth! – ostrzega i otwiera
okna. Uderza mnie podmuch zimnego wiatru i jeszcze bardziej kulę się pod
kołdrą.
Bierze mój telefon z blatu biurka i ze zniecierpliwieniem
szuka numeru przyjaciółki.
Cholera! Kiedy Percy kilka miesięcy temu powysyłał wstydliwe
sms-y do moich znajomych założyłam blokadę na telefon, ale potem zaczęła mnie
irytować, więc ją zdjęłam. Niepotrzebnie.
- Nie dzwoń. – skrzeczę.
Ciocia wbrew mojej prośbie wybiera numer i przystawia
telefon do ucha.
- Annabeth? Witam, z tej strony ciotka Lynn. Mogłabyś po nią
przyjechać? – przerywa na chwilę, widocznie Ann coś mówi. – Tak, będzie gotowa.
Dziękuję, czekamy.
Piętnaście minut później ubrana w ciuchy, które Annabeth
musiała zatwierdzić – bo sama ubrałabym na siebie byle co – przechadzam się z
przyjaciółką po galerii. Kiedy wychodziłam ciotka dyskretnie wsunęła mi do ręki
parę banknotów i zagroziła, że jak czegoś nie kupię, to wyjedzie. Bez wahania
zgodziłam się, byleby tylko nie wyjeżdżała.
- Hmm, a ten sklep? Popatrz, ta bluzka na wystawie jest
niezła – Annabeth wskazuje palcem pomarańczową bluzkę z cekinami za wielką
szybą.
Prawdę mówiąc bardziej interesują mnie księgarnie niż
ciuchy, więc mówię wprost:
- Mogę pójść do księgarni?
Ann wybucha śmiechem.
- Pewnie, ale ja będę twoim strażnikiem. Jak znam życie
uciekniesz. – spogląda na mnie z powagą – No, to gdzie najpierw?
W końcu decyduję się pójść do księgarni o nazwie „Felix” –
chyba jakaś nowa, bo wcześniej jej tu nie widziałam.
Wchodzimy do dusznego pomieszczenia wypełnionego książkami.
Półki są wyższe ode mnie, ale od razu zauważam, że między nimi przechadza się
kilka osób. Za ladą stoi znudzona trzydziestoparolatka oglądająca swoje czarne
paznokcie.
- Idę na fantastykę. – rzucam do przyjaciółki.
- Okeej. Będę stać przy drzwiach. Nie wyjdziesz stąd sama – grozi i mruży oczy.
- Jasne.
Wchodzę pomiędzy dział „religia” a „romanse”. Po chwili
docieram do potężnej półki z napisem „fantasy”. Biorę do ręki przypadkową
książkę i zaczynam czytać opis na tylnej okładce.
Nuda.
Biorę kolejne dwie, ale one również okazują się nudne. W
końcu natrafiam na książkę o dziwnym tytule „Księżyc dnia”. Z początku wydaje
się nudna, ale czytając ostatnie zdanie opisu przechodzą mnie ciarki.
Wpycham grubą niebieską książkę pod pachę i ściągam z półki
jakąś z szarą okładką. Tytuł nic nie sugeruje, a opis wydaje się być banalny.
Zaczynam czytać prolog. Wieje nudą, dlatego zamykam książkę
i już mam ją odłożyć na miejsce, kiedy słyszę za sobą głos:
- To dobra książka. Kup ją.
Odwracam się energiczne i widzę uśmiechniętą twarz Tobiasa.
- To znowu ty – wzdycham.
- Cześć, Lynn, też miło cię widzieć. – podchodzi do mnie i
wyrywa mi „Księżyc dnia” spod pachy.
- Oddawaj! – syczę.
- Też czytałem. Dobra. Ale „Bachon” jest lepszy – wskazuje na
książkę z szarą okładką.
- Nie obchodzi mnie twoja opinia.
Ignoruje moje słowa i podchodzi do półki. Ściąga książkę z
dziwną okładką i wciska mi ją w dłoń.
- Ta też jest dobra.
- Może dla ciebie.
- Dla ciebie też będzie. Skoro jesteś w dziale fantastyki i
ja również, to znaczy, że mamy takie same upodobania. Zobaczysz, spodoba ci
się.
Gniewnie mrużę oczy.
- Nie kupię jej.
- To nie kupuj. Dalej bądź upierdliwa i twarda oraz ignoruj
wszystkich wokół. – wkłada ręce do kieszeni dżinsów.
- Nie jestem upierdliwa! – zaprzeczam.
Tobias parska śmiechem.
- Nie, skądże – mówi sarkastycznie.
Już mam odpyskować, kiedy on nagle mówi:
- Muszę już lecieć. Do zobaczenia, Lynn.
Stoję oszołomiona i trzymam książki w rękach. Mimo głosu,
który podpowiada „nie bierz tych książek poleconych przez Tobiasa!” kupuję je.
- Słuchaj, Annabeth… Chciałam ci podziękować. – spuszczam wzrok.
- Nie ma za co.
- Jest. Zmarnowałam Ci sobotę, a wiem, że miałaś jechać do
siostry.
- Pojadę za tydzień. – wzrusza ramionami.
Przytulam ją mocno.
Kiedy docieram do domu od razu zabieram się za czytanie.
Pozwala mi to oderwać się od świata i problemów. Jako rozgrzewkę pochłaniam „Księżyc
dnia”. Tata z zaskoczeniem zastaje mnie w jadalni, gdzie siedzę zatopiona w książce.
Czuję jego obecność, ale on nie odzywa się ani słowem.
Na chwilę odrywam się od lektury, bo coś sobie uświadamiam.
Tobias nie wspomniał o mojej mamie. Nie powiedział „bardzo
mi przykro, Lynn” – wręcz przeciwnie. Był dla mnie taki jak zawsze, oschły i
sarkastyczny. Nie ulitował się nade mną. Dzięki temu choć na moment zapomniałam
o tragicznym wydarzeniu. I po raz pierwszy poczułam, że jest dobrze. Że będzie
lepiej.
Jestem mu za to wdzięczna.
-----------
Cześć c:
I kolejny rozdział. Mam nadzieję, że wam się podoba i jesteście nasyceni. Dla waszej wiadomości - kiedy nowy rozdział? Pomiędzy zakładkami a postem widnieje jedno zdanie "KOLEJNY ROZDZIAŁ JUŻ *data*!". Będę starać się zawsze ustalać datę, ale jeśli nie będzie jej określonej to po prostu będzie "KOLEJNY ROZDZIAŁ JUŻ NIEDŁUGO!". Więc aby uniknąć takich pytań - patrzcie zawsze do góry :)
Uprzedzam, że tytuły książek są zmyślone, jak i miejsce zamieszkania głównej bohaterki (którego jeszcze nie znacie).
Uprzedzam, że tytuły książek są zmyślone, jak i miejsce zamieszkania głównej bohaterki (którego jeszcze nie znacie).
Pozdrawiam,
Primrose