.

BLOG ZAWIESZONY DO ODWOŁANIA.

sobota, 15 lutego 2014

Rozdział 2 - "Felix"

- O co chodzi? – pytam użerając się z torbą, która wypluwa wszystkie rzeczy jakie do niej włożyłam.
Tata otwiera drzwi srebrnego volvo.
- Tato?
- Wskakuj – mówi zniecierpliwiony. Siadam na miejsce obok kierowcy i zapinam pas.
- Tato! Dlaczego nie chcesz mi nic powiedzieć?
- Nie ma tu nic do gadania. – ucina.
Siada obok mnie i rusza. Jedziemy główną drogą przepełnioną samochodami i korkami. W końcu skręcamy w jakąś mniej ruchliwą uliczkę.
- Czy to… czy to droga na policję? – marszczę czoło.
Tata milczy.
Mam rację, ponieważ chwilę później parkujemy przed komisariatem policji.
Wysiadam z samochodu i rozglądam się wokół.
- Po co tu przyjechaliśmy?
Znowu nie odpowiada, ale założę się, że otarł łzę.
W końcu daję sobie spokój i przestaję zadawać pytania. Posłusznie sunę za tatą i wchodzimy do budynku. Przechodzi mnie dreszcz.
Mijając jakieś pomieszczenie słyszę donośny głos reporterki dochodzący z telewizora:
- …pomiędzy jedenastą a dwunastą zderzył się… - jakieś szuranie zakłóca dalszą część - …kierowca ciężarówki wjechał w samochód, a następnie uciekł z miejsca zdarzenia… - znowu szuranie - …zginęła jedna osoba, zero świadków…
Przystaję obok uchylonych drzwi, skąd dochodzi relacja reporterki.
- Myślisz, że to zwykły przypadek? – jakiś mężczyzna siedzi na krześle, a nogi oparte ma o biurko. Widzę połyskującą odznakę, więc wiem, że jest policjantem.
- No co ty – odpowiada mu drugi, grubszy – gołym okiem widać, że facet specjalnie wjechał w kobietę. Zielony samochód został doszczętnie zgnieciony. – kroi jabłko na kawałki, a jeden z nich wrzuca sobie do ust – Zresztą uciekł z miejsca zdarzenia, więc od razu śmierdzi to zaplanowanym wypadkiem…
- Chodź, Lynn – pogania mnie tata.
Otrząsam się i ruszam za ojcem. Mijamy kolejne pomieszczenia, aż w końcu docieramy do drzwi z tabliczką „detektyw Fley Castellan”. Tata puka i otwiera mu jakiś mężczyzna. Wygląda grubo po trzydziestce, ma rzadkie ciemne włosy i kilkudniowy zarost.
- Witam, panie Parnell. Zapraszam – detektyw otwiera szerzej drzwi i wchodzimy do przestronnego pomieszczenia. Na środku znajduje się biurko, na którym wszystko jest schludnie poukładane. Właściwie w całym pokoju jest tylko biurko, dwie półki, kilka krzeseł i mały stolik przy drzwiach.
Po co tu przyszliśmy? Przecież nikogo nie zabiłam, nawet nie ukradłam. No, może kiedyś, ale na obecną chwilę jestem czysta.
- Siadajcie, proszę. – pan Castellan wskazuje krzesła naprzeciwko biurka. Siadamy na nich, zaś on sam siada przy biurku.
Uważnie przypatruję się tacie, czasami zerkam też na detektywa.
- Znaliście państwo niejaką Alison Parnell?
- Tak. Ja jestem… byłem… jestem jej mężem, a to jej córka, Lynn – krztusi ojciec.
- Więc zapewne wiecie, że pani Parnell miała wypadek. Poważny. W jej samochód wjechała ciężarówka, która zgniotła jej służbową Toyotę. Kierowca zbiegł z miejsca wypadku, sądzimy więc, że nie był to przypadek. Czy pani Alison miała jakiś wrogów? – detektyw Castellan splata ręce i kładzie je na biurku.
- A co z mamą? Jak ona się czuje? – przerywam mu.
Tata odwraca się moją stronę. Ma czerwoną twarz, jakby cały dzień płakał. Wpatruje się we mnie uważnie i łapie moją rękę. Ściska ją mocno.
- Alison Parnell zginęła na miejscu. Nic nie mogło jej uratować.
Słowa docierają do mnie powoli, analizuję je dokładnie. Dopiero po chwili rozumiem ich znaczenie. Mama miała wypadek. Zginęła. Nie ma jej. Umarła. Nieuważny kierowca zgniótł jej samochód. Zginęła, odeszła.
Wpatruję się w detektywa Castellan i kilka razy mrugam. Zamykam oczy i zaczynam nucić piosenkę z dzieciństwa, którą mama zawsze mi śpiewała do snu.
Nie ma jej.
Pan Fley i tata chyba coś do mnie mówią. Nic nie dociera do moich uszu i mózgu. Słyszę tylko piosenkę mamy.
Mechanicznie wstaję z krzesła i otwieram drzwi. Biegnę mijając te same pomieszczenia co poprzednio. W końcu wypadam na świeże powietrze i zaczynam się dusić. Chcę wyjąć z torby chusteczki, ale dopiero teraz zauważam, że pozostała na komisariacie.
Odeszła.
Biegnę potrącając przypadkowych ludzi. Cieknie mi z nosa i oczu. Przecieram twarz rękawem cienkiej kurtki.
Po jakimś czasie moje nogi odmawiają posłuszeństwa. Zauważam, że dotarłam do parku. Musiałam chyba biegać w kółko, bo jest już późno. Ulice opustoszały, latarnie rozświetlają ciemną noc.
Zginęła.
Przysiadam na pobliskiej ławce. Moje oczy i uszy nic nie rejestrują. Siedzę wpatrzona w pustą dal, która nieubłaganie zbliża się ku mnie.
Powieki zaczynają mi ciążyć, więc pozwalam im opaść. Zwijam się w kłębek i kładę na zimnej ławce. Ostatnie co do mnie dociera, to jakiś głos mimowolnie docierający do mózgu.
Umarła.

Co ludzie pozostawiają po sobie, kiedy przychodzi ich czas? Zapewne dużo przedmiotów, zdjęć. I wspomnienia.
Najgorsze jest jednak to, że to jeszcze nie był czas mamy. Ona miała prawo żyć. Jeszcze długie lata. Miała zestarzeć się i mieszkać z tatą na obrzeżach miasta w małym drewnianym domku. Mieliśmy wszyscy spotykać się w święta. Jeść razem lody każdej środy w małej kawiarence „Felieppe” prowadzoną przez chińskie małżeństwo.
A teraz tradycje zostały złamane. Pustki po mamie nie zapełni nikt. Zawsze do całej układanki będzie brakować jednego puzzla.
Jedno krzesło przy stole zawsze będzie puste. Niebieska filiżanka, z której mama codziennie rano piła kawę, będzie stać samotnie w kuchni. Nikt nie będzie z niej korzystał.
A teraz już rozumiem co znaczyła "ostatnia obietnica".
Słyszę ciche skrzypnięcie drzwi. Nie odwracam się. Leżę nieruchomo zagrzebana w pościeli. Po chwili czuję, że ktoś nade mną stoi.
Mam ochotę odwrócić się i krzyknąć „Mama! Miałam koszmar, w którym zginęłaś w wypadku!” i wypłakać się na jej ramieniu.
Ale wiem, że to nie ona.
Po chwili ktoś kładzie się obok mnie na łóżku i słyszę cichy płacz.
I wiem, że to nie mama. To Percy.

Dzień mija za dniem. Nawet nie fatyguję się, aby wstać z łóżka, a co dopiero mówić o szkole. Czasami wpada Annabeth i wmusza we mnie trochę jedzenia. Tata wiele razy próbował wyciągnąć mnie z pokoju, ale nie udawało mu się to. Rozumiem to doskonale. Czuje się winny i nieprzydatny, bo zamiast zająć się dziećmi, sam płacze po kątach i daje zły przykład.
A Percy przychodzi coraz częściej.

Pogrzeb odbywa się tydzień po wypadku. Przyszli znajomi mamy, dalsza rodzina, dziadkowie, Annabeth. Widzę też inne nieznajome osoby. Słyszę tylko: „tak mi przykro, Lynn”, „moje kondolencje”, „wszystko się ułoży”. A ja wiem, że to tylko puste słowa, kłamstwa.
Jedyne co podnosi mnie na duchu to obecność cioci Bridget i jej męża Ricka. Ciocia to siostra taty, ale zawsze miałam z nią bliski kontakt. Ma bujne rude włosy, jest nieco otyła, ale mimo wszystko i tak zawsze je pączki. Ma poczucie humoru i zawsze dogryza tacie. Natomiast wujek Rick jest chudy i wysoki, ma rzadkie ciemne włosy i jedyne co łączy go z ciocią to poczucie humoru. Kiedy myślę o Bridget zawsze oczyma wyobraźni widzę ją w fioletowej ciasnej spódnicy, z czarną torbą i pączkami. A wujka widzę z piwem i papierosem.
Ciotka podchodzi do mnie i Percy’ego. Chwilę przygląda nam się uważnie.
- Wiecie co? Zostaniemy z wami przez jakiś czas. Gilbert ledwo żyje, a wy pewnie umieracie w tej ciasnej dziurze. Ktoś musi się wami zająć. – i odchodzi w stronę Ricka. Chwilę z nim rozmawia, a potem zaczynają się śmiać.
Dobrze, że nie ma dzieci, bo wtedy nie zajmowałaby się już nami. A jej opieka zawsze była i jest nam potrzebna.
Ciocia Bridget mieszka w Irlandii, prowadzi tam jakiś butik. Na wakacje często do niej wpadaliśmy, bo razem z Rickiem mieszkają w domku dwupiętrowym. Mają duży ogród i wielkiego psa, który ma chyba z sześćdziesiąt centymetrów. Przypomina buldoga, ale nie wiem co to za rasa. Ironią losu jest to, że nazywa go Cukiereczkiem.
Czas wlecze się nieubłaganie. Chcę wrócić do domu i zagrzebać się w łóżku. I nie wstawać.
Tymczasem muszę patrzeć na ciemną trumnę. Ksiądz coś gada przez bite pół godziny. Nie wiem co się dzieje potem, bo odpływam.
Zamglonym wzrokiem wpatruję się w nagrobki. Cmentarz powoli pustoszeje, ludzie rozchodzą się, a samochody odjeżdżają z głośnym piskiem opon.
Zimne krople deszczu powoli spadają na ziemię. Po chwili rozpoczyna się prawdziwa ulewa. Stoję przed świeżym grobem mamy cała przemoknięta.
- Lynn? – słyszę za sobą głos Annabeth. Podchodzi do mnie z parasolem.
- Lynn, musisz już jechać. Tata na ciebie czeka – przygląda mi się uważnie.
- Nie chcę jechać – mamroczę.
Przyjaciółka patrzy na mnie ze szczerym współczuciem.
- Jeśli chcesz, mogę cię odwieźć  – proponuje.
Lekko kiwam głową. Annabeth odwraca się i macha w stronę naszego rodzinnego volvo. Słyszę jak samochód odjeżdża.
Ann uparcie stoi przy mnie z parasolem nad moją głową.
- Wiesz, myślę, że ona nie jest szczęśliwa, jeśli ignorujesz cały świat i całe dnie spędzasz w łóżku.
- Nie może być szczęśliwa, bo nie żyje – burczę.
- Ale gdyby żyła.
- Ale nie żyje. I nikt tego nie zmieni – mówię przez łzy. - Po prostu jej nie ma!
Annabeth mocno mnie przytula.
- Będzie dobrze – szepcze mi do ucha. – Będzie dobrze.
- Nie będzie – zaprzeczam.
- Będzie. Musisz tylko zacząć żyć  – odrywa się ode mnie. – Jej śmierć to kawałek twojego życia. Musisz nauczyć się z tym żyć. Musisz się z tym pogodzić, zaakceptować to. – prowadzi mnie do samochodu. Krople uderzają o parasol wydając przy tym ciche stukanie.
- Nie potrafię.
- Potrafisz. Jesteś silną dziewczyną. Potrafisz. Musisz w to uwierzyć.
- Nie umiem w to nawet uwierzyć – spuszczam wzrok.
- W takim razie ja będę w to wierzyć.
Przyjaciółka milknie. Składa parasol i otwiera drzwi szarego volkswagena. Robię to samo i siadam na miękkim siedzeniu. Zapinam pasy, a Annabeth rusza.
Oddalamy się od cmentarza. Odwracam głowę i wpatruję się w cmentarne nagrobki, które powoli nikną w deszczu.
Dopiero teraz uświadamiam sobie, że na tym cmentarzu pozostawiłam cząstkę siebie i nigdy nie będę potrafiła jej stamtąd zabrać.

Słyszę ciche skrzypnięcie i wiem, że to znowu Percy. Myślę, że teraz nieświadomie pomagamy sobie nawzajem.
Jak to w zwyczaju, Percy wślizguje się obok mnie. Odwracam się w jego stronę.
Ma podpuchnięte oczy i wygląda naprawdę marnie. Przez chwilę tylko na siebie patrzymy.
- Jak sobie z tym radzisz? – szepczę, próbując podnieść go na duchu.
- Dobrze – odpowiada cicho.
Wpatruję się w niego uważnie i wiem, że kłamie.
- W ogóle sobie nie radzę. – wyznaje. – A ty?
Wzdycham.
- Ja też.
Patrzy na mnie ze zrozumieniem w oczach, a ja spostrzegam, że oczy ma po niej. Przez chwilę dostrzegam w nim mamę.

- Lynn, musisz gdzieś wyjść! – ciotka Bridget różowym butem rozgrzebuje stertę ciuchów. – Nie możesz wiecznie tu gnić!
- Mogę – burczę.
Ciotka rozsuwa zasłony w oknach, a pokój wypełnia poblask słońca.
- Nie możesz. Dzwonię po Annabeth! – ostrzega i otwiera okna. Uderza mnie podmuch zimnego wiatru i jeszcze bardziej kulę się pod kołdrą.
Bierze mój telefon z blatu biurka i ze zniecierpliwieniem szuka numeru przyjaciółki.
Cholera! Kiedy Percy kilka miesięcy temu powysyłał wstydliwe sms-y do moich znajomych założyłam blokadę na telefon, ale potem zaczęła mnie irytować, więc ją zdjęłam. Niepotrzebnie.
- Nie dzwoń. – skrzeczę.
Ciocia wbrew mojej prośbie wybiera numer i przystawia telefon do ucha.
- Annabeth? Witam, z tej strony ciotka Lynn. Mogłabyś po nią przyjechać? – przerywa na chwilę, widocznie Ann coś mówi. – Tak, będzie gotowa. Dziękuję, czekamy.
Piętnaście minut później ubrana w ciuchy, które Annabeth musiała zatwierdzić – bo sama ubrałabym na siebie byle co – przechadzam się z przyjaciółką po galerii. Kiedy wychodziłam ciotka dyskretnie wsunęła mi do ręki parę banknotów i zagroziła, że jak czegoś nie kupię, to wyjedzie. Bez wahania zgodziłam się, byleby tylko nie wyjeżdżała.
- Hmm, a ten sklep? Popatrz, ta bluzka na wystawie jest niezła – Annabeth wskazuje palcem pomarańczową bluzkę z cekinami za wielką szybą.
Prawdę mówiąc bardziej interesują mnie księgarnie niż ciuchy, więc mówię wprost:
- Mogę pójść do księgarni?
Ann wybucha śmiechem.
- Pewnie, ale ja będę twoim strażnikiem. Jak znam życie uciekniesz. – spogląda na mnie z powagą – No, to gdzie najpierw?
W końcu decyduję się pójść do księgarni o nazwie „Felix” – chyba jakaś nowa, bo wcześniej jej tu nie widziałam.
Wchodzimy do dusznego pomieszczenia wypełnionego książkami. Półki są wyższe ode mnie, ale od razu zauważam, że między nimi przechadza się kilka osób. Za ladą stoi znudzona trzydziestoparolatka oglądająca swoje czarne paznokcie.
- Idę na fantastykę. – rzucam do przyjaciółki.
- Okeej. Będę stać przy drzwiach. Nie wyjdziesz stąd sama –  grozi i mruży oczy.
- Jasne.
Wchodzę pomiędzy dział „religia” a „romanse”. Po chwili docieram do potężnej półki z napisem „fantasy”. Biorę do ręki przypadkową książkę i zaczynam czytać opis na tylnej okładce.
Nuda.
Biorę kolejne dwie, ale one również okazują się nudne. W końcu natrafiam na książkę o dziwnym tytule „Księżyc dnia”. Z początku wydaje się nudna, ale czytając ostatnie zdanie opisu przechodzą mnie ciarki.
Wpycham grubą niebieską książkę pod pachę i ściągam z półki jakąś z szarą okładką. Tytuł nic nie sugeruje, a opis wydaje się być banalny.
Zaczynam czytać prolog. Wieje nudą, dlatego zamykam książkę i już mam ją odłożyć na miejsce, kiedy słyszę za sobą głos:
- To dobra książka. Kup ją.
Odwracam się energiczne i widzę uśmiechniętą twarz Tobiasa.
- To znowu ty – wzdycham.
- Cześć, Lynn, też miło cię widzieć. – podchodzi do mnie i wyrywa mi „Księżyc dnia” spod pachy.
- Oddawaj! – syczę.
- Też czytałem. Dobra. Ale „Bachon” jest lepszy – wskazuje na książkę z szarą okładką.
- Nie obchodzi mnie twoja opinia.
Ignoruje moje słowa i podchodzi do półki. Ściąga książkę z dziwną okładką i wciska mi ją w dłoń.
- Ta też jest dobra.
- Może dla ciebie.
- Dla ciebie też będzie. Skoro jesteś w dziale fantastyki i ja również, to znaczy, że mamy takie same upodobania. Zobaczysz, spodoba ci się.
Gniewnie mrużę oczy.
- Nie kupię jej.
- To nie kupuj. Dalej bądź upierdliwa i twarda oraz ignoruj wszystkich wokół. – wkłada ręce do kieszeni dżinsów.
- Nie jestem upierdliwa! – zaprzeczam.
Tobias parska śmiechem.
- Nie, skądże – mówi sarkastycznie.
Już mam odpyskować, kiedy on nagle mówi:
- Muszę już lecieć. Do zobaczenia, Lynn.
Stoję oszołomiona i trzymam książki w rękach. Mimo głosu, który podpowiada „nie bierz tych książek poleconych przez Tobiasa!” kupuję je.

- Słuchaj, Annabeth… Chciałam ci podziękować. – spuszczam wzrok.
- Nie ma za co.
- Jest. Zmarnowałam Ci sobotę, a wiem, że miałaś jechać do siostry.
- Pojadę za tydzień. – wzrusza ramionami.
Przytulam ją mocno.
Kiedy docieram do domu od razu zabieram się za czytanie. Pozwala mi to oderwać się od świata i problemów. Jako rozgrzewkę pochłaniam „Księżyc dnia”. Tata z zaskoczeniem zastaje mnie w jadalni, gdzie siedzę zatopiona w książce. Czuję jego obecność, ale on nie odzywa się ani słowem.
Na chwilę odrywam się od lektury, bo coś sobie uświadamiam.
Tobias nie wspomniał o mojej mamie. Nie powiedział „bardzo mi przykro, Lynn” – wręcz przeciwnie. Był dla mnie taki jak zawsze, oschły i sarkastyczny. Nie ulitował się nade mną. Dzięki temu choć na moment zapomniałam o tragicznym wydarzeniu. I po raz pierwszy poczułam, że jest dobrze. Że będzie lepiej.
Jestem mu za to wdzięczna.

-----------

Cześć c:
I kolejny rozdział. Mam nadzieję, że wam się podoba i jesteście nasyceni. Dla waszej wiadomości - kiedy nowy rozdział? Pomiędzy zakładkami a postem widnieje jedno zdanie "KOLEJNY ROZDZIAŁ JUŻ *data*!". Będę starać się zawsze ustalać datę, ale jeśli nie będzie jej określonej to po prostu będzie "KOLEJNY ROZDZIAŁ JUŻ NIEDŁUGO!". Więc aby uniknąć takich pytań - patrzcie zawsze do góry :)
Uprzedzam, że tytuły książek są zmyślone, jak i miejsce zamieszkania głównej bohaterki (którego jeszcze nie znacie).

Pozdrawiam,
Primrose