.

BLOG ZAWIESZONY DO ODWOŁANIA.

sobota, 8 marca 2014

Rozdział 4 - Serpentino

Percy zdecydowanie nie jest jeszcze gotowy na naszyjnik, ale kiedy wchodzi do mnie do pokoju i zauważa go na mojej szyi, nie mogę dłużej tego ukrywać.
- Co to?
Spoglądam na niego znad książki.
- Naszyjnik.
Percy unosi brwi.
- Od kogo?
Długo zwlekam z odpowiedzią, nie chcę go ranić. Pomyśli, że mama zatroszczyła się o mnie i pozostawiła mi po sobie jakiś ślad, a o nim zapomniała.
- Od mamy.
Percy lekko marszczy czoło i błądzi oczami po podłodze. Obserwuję go uważnie i widzę, że jest przybity, a ta wiadomość całkiem go zmiażdżyła.
- Pójdę już. – głośno przełyka ślinę i wstaje z łóżka.
- Czekaj! – zamykam książkę z głośnym trzaskiem i podbiegam do sterty ubrań. Wygrzebuję dżinsy i przeglądam kieszenie, ale pudełeczka nie ma.
Percy podąża za mną oczyma, próbując zrozumieć. Wtedy do mnie trafia, gdzie jest drugi prezent od mamy. Mijam brata w drzwiach i pędzę do wieszaka, przy drzwiach do mieszkania. Otwieram każdą kieszeń kurtki w poszukiwaniu pudełeczka i nagle na nie natrafiam. Przez chwilę gładzę wyszyty napis na nim, a potem dobiegam do pokoju.
Zatrzaskuję drzwi i biorę naszyjnik do ręki. Nie wygląda na damski, jest bardziej chłopięcy.
Szybkim ruchem zapinam go Percy’emu na szyi.
- Kazała ci go przekazać.
Brat głośno wzdycha i zaczyna gładzić podarunek opuszkami palców. Nie wspominam przy nim o klepsydrze i papierku, który znalazłam w jego pokoju. To zbyt wiele, a ostatnio tak bardzo się do siebie zbliżyliśmy, że boję się zniszczyć tę więź.
- Dobranoc, Lynn. – mówi i wychodzi.

Jestem mało kreatywna. Co więcej, nie mam zainteresowań. Lubię czytać, ale ileż można? Mama zawsze mnie straszyła, że czytając po nocach psuje mi się wzrok, ale teraz już w to nie wierzę. A nawet jeśli to prawda, to i tak niewiele to zmieni.
Z nudów zaczynam robić zaległe zadania. Najpierw historia, bo pan Livingstone nie odpuszcza, a ostatnio lubi się czepiać.
W trzy godziny uwijam się ze wszystkim. Światła w budynku naprzeciwko gasną, więc spoglądam na zegar wiszący na ścianie. Już jedenasta.
Z westchnieniem zamykam podręczniki i biorę szybki prysznic. Przebieram się w cienki różowy podkoszulek na ramiączkach i bawełniane spodnie. Gaszę światła i kładę się do łóżka, ale po dziesięciu minutach stwierdzam, że wcale nie chce mi się spać. W ogóle nie jestem zmęczona, chociaż że dzisiaj tak wiele się wydarzyło. Skoro organizm wcale nie potrzebuje snu – nie będę się sprzeciwiać.
Moje myśli podążają ku Tobiasowi. No i co mam zrobić z Maxem?  Jednego dnia tyle się wydarzyło – Tobias, Max, potem wypadek… Dopiero teraz zaczynam się nad tym głębiej zastanawiać. Dlaczego akurat tego dnia przyczepił się do mnie Tobias? No i Max akurat wtedy zapragnął, abym oprowadziła go po szkole. Wątpię, żeby był to kaprys pani James. Każda inna dziewczyna uznałaby to za zbieg okoliczności – każda, tylko nie ja. Wzbudziłam zainteresowanie płci przeciwnej. Co takiego zrobiłam? A może Jennifer znowu wymyśliła jakąś podłą plotkę o mnie? Może ubzdurała sobie, że się puszczam i teraz każdy chce mnie zaliczyć. Albo wręcz przeciwnie – rozgadała wszystkim, że jestem niedostępna i nikt mnie nie będzie miał. A jeśli to był zakład? O Boże! Chyba nie posunęłaby się tak daleko…?
Parskam i zaczynam śmiać się jak wariatka. Taak, na pewno Jennifer nie ma nic innego do roboty, tylko rozpuszczać jakieś plotki o mnie. Zresztą – co mnie to obchodzi? Niech sobie gada. Już dawno przestałam zwierzać się Ann w damskiej toalecie, więc skoro Jenn nie ma świeżutkich nowinek – wymyśla swoje.
Tak, to prawdopodobne. Kiedy któryś z chłopaków mi się napatoczy, odeślę go z kwitkiem. Nie mam powodu, by umawiać się z Tobiasem, broń Boże – z Maxem! Absurd.
Wzdycham. Zaczynam wymyślać jakieś bzdury. Aby odpędzić od siebie te idiotyczne rozmyślania, zaczynam gładzić naszyjnik. Nie rozstaję się z nim nawet w śnie.
W pewnym momencie natrafiam na jakieś zgrubienie. Ściągam naszyjnik i siadam przy biurku. Włączam lampkę i uważnie przyglądam się zdobyczy. Na ściance ma lekkie zgrubienie. Przyciskam, próbuję przesunąć, ale nie udaje mi się. Zauważam cieniutką i ledwo widoczną linię. Spostrzegam, że wygląda to tak, jakby dwie cienkie monety ktoś złączył klejem. Próbuję przekręcić jedną z połówek i udaje mi się. Słyszę ciche łupnięcie, a chwilę po tym spadam w czarną otchłań.

Moje nagie ramiona dotykają zimnych kafelków, przez co przechodzą mnie ciarki. Zewsząd słychać ciche syczenie. Powoli otwieram oczy i pierwsze co rejestrują moje oczy, to naga żarówka dyndająca przy suficie. Jej słabe światło oświetla podłogę, na której leżę. Powolnymi ruchami wstaję i rozglądam się wokół. Nadal mam na sobie cienką piżamę, więc rozcieram nagie ręce, aby się rozgrzać. Bose stopy powoli przyzwyczajają się do lodowatych kafelków.
Rozglądam się wokół. Wszędzie poustawiane są klatki z mocnymi, mieniącymi się na czerwono prętami. Dopiero po chwili zauważam siedzące w nich postacie. W jednej siedzi odwrócony do mnie tyłem pies. Ma skudloną sierść i niespokojnie macha ogonem. W klatce obok niego siedzi mały… smok? Mój Boże, czy to jest smok?! Jego ciało pokrywają niebieskie łuski, a wielkie żółte ślepia wpatrują się we mnie uporczywie.
Mimowolnie wzdrygam się z niechęcią. Musiałam chyba usnąć przy biurku, zapewne tata niedługo do mnie zajrzy – jak to ma w zwyczaju od wypadku mamy – i wyrwie mnie z tego idiotycznego snu. Zaczynam śmiać się jak wariatka, bo zauważam również niesamowicie bladego człowieka, który zamiast zębów ma kły, węża, który oczy zawiązane ma fioletową przepaską oraz kilka innych stworzeń. Kiedy zauważam małą istotę z czerwoną czapką na głowie – zapewne krasnoludka – wybucham histerycznym śmiechem. Kładę rękę na jednym z mieniących się na czerwono prętów, aby  się podeprzeć i nie upaść, a wtedy słyszę ciężkie kroki. Rozglądam się wokół siebie i zauważam, że wzdłuż ścian stoją klatki. Niektóre są tak małe, że stoją na tych większych, a inne są tak duże, że sięgają aż do potężnego sufitu. 
Nawet nie mam gdzie się schować!, myślę. Zresztą… po co mam się chować? Przecież to sen, tak czy siak nikt mi nic nie zrobi. A nawet jeśli, to obudzę się z krzykiem.
Z końca korytarza, który ciągnie się jeszcze daleko przede mną i za mną, dochodzi szczęk kluczy. Ktoś otwiera duże masywne drzwi i idzie w moją stronę.
Zaciskam pięści i próbuję opanować drżenie ciała. Kiedy z mroku wyłania się blond czupryna i zaskoczone spojrzenie Maxa wybucham jeszcze głośniejszym śmiechem niż poprzednio.
- No nie wierzę! – mówię przez śmiech. – Po prostu nie do wiary!
Maxowi nie jest do śmiechu, bo patrzy na mnie z powagą w oczach.
- Lynn? Wszystko w porządku? Nie zbliżaj się do klatek! – ostrzega mnie.
Moje myśli błądzą wokół Maxa i mamy, ale jednak uświadamiam sobie coś bardzo ważnego.
- Czekaj… Te postacie… one są uwięzione, prawda? Te klatki to dla nich więzienie! – celuję palcem w chłopaka i zaczynam się śmiać.
- Ty coś jarałaś? – pyta mnie z drapieżnym błyskiem w oku. To już nasz taki prywatny żarcik.
- Dlaczego wszędzie pojawiasz się ty? Nawet w moim śnie! – przybliżam się do niego i dźgam go palcem w klatkę piersiową.
- Nie śnisz.
- Oczywiście, że śnię, idioto. Nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, a już szczególnie nie wymyślałabym ciebie. 
- W takim razie, skoro uważasz, że śnisz, to dlaczego wszystko jest takie realne? – Max przechyla głową i patrzy na mnie z rozbawieniem w oczach.
- Bo niektóre sny są bardzo realne. – odpowiadam bez namysłu.
- Sny są zamazane, dzieją się w nich rzeczy niemożliwe, ale przede wszystkim są wytworem naszej wyobraźni… No i nie możemy przenieść czegoś do rzeczywistości. Dlatego masz – wciąga w moją stronę rękę – weź to na dowód tego, że to nie sen. Oddasz mi w szkole.
Niechętnie biorę przedmiot. Obracam go w dłoniach i zauważam, że to jakiś ząb. Marszczę brwi i staram się zatuszować moje obrzydzenie. Mimo tego, Max je zauważa.
- Tak, to ząb. – pochyla się w moją stronę i szepcze mi prosto do ucha: – Wampira.
Patrzę na niego z niedowierzaniem. Znowu robi sobie ze mnie jaja! Jeszcze bardziej wzbudza moją niechęć, a potem się dziwi, że go unikam.
- Dobranoc, Lynn – jego oddech łaskoczący mnie po policzku to ostatnie co czuję, bo ponownie zalewa mnie czerń.

Dźwięk oznaczający “wstawaj, śmierdzący leniu” głośno daje do zrozumienia, że już od kilkunastu minut powinnam krzątać się po kuchni. Mimo to, nadal leżę i ignoruję budzik. W końcu poddaję się i wstaję z łóżka, a szatańskim urządzeniem rzucam o podłogę.
- Dzień dobry, Lynn. – wita mnie ciotka Bridget, kiedy wchodzę do kuchni. Jej obecność nikogo nie dziwi, bywa tutaj coraz częściej i wcześniej.
Odpowiadam westchnieniem.
- Ciociu, często śnią ci się twoi znajomi? – pytam i siadam przy stole. Palcami kreślę niewidzialne zawijasy na ciemnym stole.
Rude włosy przestają podskakiwać. Ciotka znieruchomiała. Odwraca się do mnie i opiera ręce na stole. Zaczyna stukać długim, czerwonym paznokciem w blat.
- Bardzo rzadko cokolwiek mi się śni. – mówi powoli i wyraźnie.
- Dlaczego?
- Bo rzadko sypiam. – mówi i uśmiecha się znacząco.
Od razu łapię o co jej chodzi, więc nie pytam o nic więcej.

Po zjedzonym śniadaniu czuję się zadowolona i lubiana przez życie. Wkraczam do pokoju dziarskim krokiem i dopadam torby. Pakuję do niej potrzebne mi książki oraz kilka długopisów. Kiedy uświadamiam sobie, że wykorzystałam całe moje oszczędności na prezent dla taty – z okazji jutrzejszych urodzin – cały czar pryska i czuję, jakby życie mocno kopnęło mnie w plecy. Dobija mnie fakt, że obiecałam Annabeth dołożyć się do paliwa, bo w końcu na moje potrzeby też trochę leci. Cały czas gdzieś mnie wozi. Co z tego, że często zabieram się z nią przy okazji. Mam się dokładać, i już.
Jednak kiedy mój mózg podsuwa mi pomysł o pracy zaproponowanej przez przyjaciółkę czuję, że dopiero teraz całkiem leżę. Nie mogę odrzucić tej oferty, Ann załatwiła mi pracę – zbędne pieniądze mile widziane – więc grzechem byłoby nie skorzystać. Przedtem nie myślałam o tym na serio, dopiero odczuwalny brak funduszy na cokolwiek popchnął mnie w tę stronę. No i dobrze, kilka dodatkowych groszy nie zaszkodzi, przecież zawsze wyrabiam się z pracą domową, nawet jeśli idę na spotkanie grupy razem z Percy’m albo na zakupy, jako osoba towarzysząca. Tylko że będę musiała zrezygnować z rozrywek. To nic. Nigdy nie byłam specjalnie towarzyska.
Zamglonym wzrokiem wpatruję się w zegarek i dopiero teraz zauważam, że już dawno powinnam wyjść. Miałam spotkać się z Ann przed lekcjami, ale chyba nic z tego nie wyjdzie.
Pospiesznie zarzucam na siebie wczorajsze ubranie, skudłacone włosy wiążę w nisko upięty koński ogon i szybko ścielę łóżko. Mama zawsze tego pilnowała, jestem więc jej wdzięczna, że to już mój codzienny nawyk.
Gładząc kołdrę natrafiam na coś ostrego. Wzdycham w duchu z niecierpliwością.
Pewnie kolejna resztka wieczornej przekąski. Odwijam kołdrę i na początku uważnie przyglądam się znalezisku. Potem biorę je do ręki i zaczynam obracać w palcach. Półtora centymetra, jedna końcówka mocno zaostrzona, cały przedmiot biały.
Dopiero po chwili uświadamiam sobie co to jest i skąd się wzięło w moim łóżku.
To wampirzy ząb.

- Miałyśmy spotkać się przed lekcjami, nie po! Mylą ci się godziny, czy jak? Czy ty w ogóle kiedykolwiek spojrzałaś na zegarek? – narzeka Ann. – To takie urządzenie pokazujące godzinę!
- Przepraszam, no! Rano trochę się zamyśliłam i straciłam poczucie czasu. – wnoszę oczy ku górze. Nie zdążyłam spotkać się z nią rano, więc spotkałam się po lekcjach – co za różnica?! Wiedziałam, że będzie siedzieć w kawiarence „Rogalik Barley’a”. W każdy piątek przychodzi tutaj po lekcjach.
- Jaaaasne. To się nazywa Niekontrolowany Napad Snu. Albo zaspałaś albo zasnęłaś jedząc śniadanie. – wzrusza ramionami przyjaciółka - O mój Boże, głowa wpadła ci do miski? Podobno mleko dobrze działa na cerę. Nie zmoczyłaś sobie włosów? Swoją drogą, kiedy ty ostatnio używałaś szczotki? Posiadasz jeszcze taki magiczny przedmiot?
- Annabeth, naprawdę. Zamyśliłam się. Głowa nie wpadła mi do miski. – zapewniam ją.
- Więc nad czym tak myślałaś, Sokratesie?
- Chyba przyjmę tę pracę, co mi załatwiłaś. – wzdycham.
- No wiadomo! Miałaś zamiar odrzucić tę niezwykle kuszącą ofertę? Dziękuj mi na kolanach, bo musiałam zaświecić cyckami przed Jerrym.
- Słucham?
- Tym razem znowu podziałało – ignoruje mnie - opłacało się ćwiczyć na panu Vito. Teraz mogę wykorzystywać tę umiejętność do podlejszych celów. – uśmiecha się szeroko.
- Annabeth!
- Powinnaś mi całować stopy! Wiesz, ile chętnych było na tę pracę? Tylko dzięki mnie otrzymałaś ją ty. Na tym zadupiu ciężko znaleźć dobrą harówkę.
- Nie mieszkamy na zadupiu.
- Jedź do Londynu i wróć tutaj – przyjaciółka upija łyk kawy z małej filiżanki – To  j e s t  zadupie.
- Zanim ci podziękuję, co to właściwie za praca? – pytam podejrzliwie. Wszędzie musi być jakiś haczyk.
- W knajpce. – odpowiada wymijająco.
- A co dokładnie miałabym robić? Chyba nie tańczyć nago?
- Nie, no co ty. Taką pracę to sama bym wzięła. Będziesz kelnerką – wzrusza ramionami Ann.
- Kelnerką? To wszystko wydaje się zbyt piękne.
- Ale jest prawdziwe. Ja ci to załatwiłam, więc będzie cacy. Musisz tylko tam pójść i obgadać szczegóły. Najlepiej dzisiaj – podkreśla.
- Jasne, pójdę tam potem. Było coś zadane z matmy? – macham sobie długopisem przed nosem i marszczę brwi. Cała strona w moim podręcznym notesiku jest pusta, co znaczy, że nie słuchałam na lekcjach. Nie zapisałam zadania domowego. Będę musiała podzwonić tu i ówdzie.
- Najlepiej gdybyś poszła  t e r a z.
- Dlaczego teraz? – unoszę głowę znad notesika.
- Jerry mówił, że wieczorami jest mnóstwo klientów. W piątki są tłoki, więc nie będzie jak normalnie porozmawiać. Mogę cię podwieźć, pójdę do sklepu kilka metrów dalej. Danny dał ci cynk, że specjalnym klientom sprzedają bluzki z nowej kolekcji  – która ma wejść dopiero za tydzień, rozumiesz, za tydzień! Kurde, szkoda, że nie włożyłam tej niebieskiej bluzki. Ma większy dekolt. Mam nadzieję, że sprzedawca będzie facetem. Myślisz, że...
Przestaję słuchać przyjaciółki, a moje myśli zaczynają krążyć wokół nowej pracy. Wszystko jest takie idealnie podejrzane. Dobra knajpa, dobre zarobki, ale coś musi być nie tak, skoro Ann nie wzięła tej roboty. Da niej liczy się każdy pieniądz. Wszystko wydaje na ciuchy. Może chodzi o jej reputację? Nie chce wyjawić, skąd bierze forsę na nowe nabytki, a może się wstydzi?
- Hej, Ann, skoro ta praca jest taka idealna, czemu ty jej nie wzięłaś? – przerywam nagle.
Uważnie mi się przypatruje, chyba z lekkim zdziwieniem w oczach. Pewnie myślała, że na to nie wpadnę.
- Nie mam czasu. Ani chęci. Jestem leniwa. Wolę zarobić kasę na czarno, nie chcę przeciętnej roboty. Kelnerka? Błagam cię, czy ja wyglądam na kelnerkę? Poza tym niebieski fartuszek źle komponowałby się z moimi włosami, brzydko bym w nim wyglądała…
- A jak nazywa się ta knajpka? – rzucam nagle.
- Co? Eee, a bo ja wiem? Może Ser papierosy? Jakoś tak… a może Ser fajki? – to oczywiste, że wymiguje się z odpowiedzią. I pewnie to jest powodem, dla którego ona nie wzięła tej pracy.
I nagle do mnie dociera.
- Serpentino.

- Dlaczego akurat ta knajpa?! Dlaczego?!
- Oj, przecież możesz założyć perukę i nikt cię nie pozna!
- Serpentino to najgorsza i najniebezpieczniejsza knajpa w naszym mieście. Zabito tam cztery osoby w ciągu roku. Codziennie dochodzi do bójek i gwałtów. A ty chcesz, żebym tam pracowała?! – wybucham. Więc to jest powód, dla którego Ann nie zagarnęła tej roboty dla siebie! Pracują tam tylko dziewczyny nie mające wyboru i napakowane osiłki z wytatuowanymi półnagimi kobietami na bicepsach.
- Ostatnio już się przestali prać po mordach. Jak już, to tylko nocami. A ty pracowałabyś popołudniu i może trochę wieczorem – macha mi łyżeczką deserową przed twarzą.
- Swoją drogą, jak Jerry mi to załatwił? Przecież tam nie pracuje – myślę głośno.
- No tak, ale jego wujek jest tam barmanem. Szukali kelnerki i ją dostali. Seksowną kelnerkę – przeciąga sylaby w ostatnim zdaniu.
- Specjalne bonusy tylko u nas – mówię sarkastycznie – Na pewno była cała lista chętnych na tę pracę! Podła kłamczucha.
- Jakoś musiałam cię zmotywować, leniwy cieciu – odparowuje.
-  Dobra, zbieram się. Pójdę zobaczyć tę niewyobrażalnie bezpieczną knajpkę, w której wcale nie przesiadują same zbiry i bandziory – wstaję i ubieram kurtkę.
Piętnaście minut później niezdecydowana stoję przed zapadłym lokalem w głębi budynku. Wąska i mroczna uliczka między dwoma kamienicami prowadzi do otwartych drzwi knajpki. Z daleka widzę duży szyld z napisem „Serpentino”, który migocze na niebiesko i zielono, choć na dworze nadal jasno. Budynek, w którym mieści się lokal, zbudowany jest z czerwonej cegły. W wielu miejscach wszystko się kruszy i odpada, ale nikt tego nie naprawia. Nadaje to charakteru niebezpiecznej dzielnicy, a właściciele lokalu właśnie taką chcą uczynić tę ulicę. Jakby to było coś fajnego, brr.
Zaciskam pięści i szczelniej opatulam się kurtką. Wchodzę w ciemną uliczkę i popycham szklane drzwi w metalowej oprawie.
Od razu uderza we mnie podmuch dusznego powietrza przepełnionego dymem papierosowym i odorem alkoholu. Chyba nie wytrzymam tutaj długo.
Pomieszczenie zapełnione jest stolikami i czarnymi krzesłami. W rogu stoi podniszczona kanapa, na której siedzi dwóch palaczy i zawzięcie o czymś dyskutuje. Po mojej prawej znudzony barman stoi za ladą i poleruje kieliszki na wódkę. Ściany przyozdabiają stare fotografie gangu motocyklistów, wiatrak głośno daje o sobie znać. Na samym końcu sali widzę stół bilardowy, o który niedbale opiera się starszy mężczyzna i sączy piwo z butelki.
Podchodzę do baru i kładę ręce na ladę.
- Dzień dobry, ja w sprawie…
- Lorcana nie ma. I nie będzie – przerywa mi napakowany, łysy facet z wielkimi bicepsami. Typowo, ma na nich wytatuowane róże i półnagie kobiety. Małe, szkarłatne oczy przesuwają się po mnie powoli, aż w końcu docierają do twarzy. Mężczyzna wlepia we mnie swoje ślepia i zaczyna polerować duży kufel.
- Ja… ja chyba nie do… Lorcana. Ja w sprawie pracy. – wyjaśniam szybko.
- Pracy? A co miałabyś tu robić, cukiereczku? Striptizerki są już w komplecie.
Striptizerki?
- Co? Nie, ja...
- Och, czy ty jesteś Lynn? – przerywa mi ciepły głos dobiegający zza mnie. Odwracam się i moim oczom ukazuje się wysoki mężczyzna w czarnym garniturze. Włosy niedbale zaczesał do tyłu. Jego ciemne oczy wpatrują się we mnie uporczywie.
- Tak, ja jestem Lynn. Macie tu striptizerki? To miała być zwykła…
- Och, tak. Mamy tu szeroki wybór rozrywek. Bilard, karty. Można też pooglądać interesujące kobiety… Ty chyba jednak nie nadajesz się na rozrywkę… - palcem wskazuje na mnie.
- Miałam tutaj pracować jako kelnerka – marszczę czoło.
- Owszem. I będziesz pracować – łapie mnie pod rękę – Chodź, oprowadzę cię po moich skromnych progach.

- Nazywam się Sedric Malone i prowadzę tę knajpkę. Pewnie zastanawiasz się kim jest Lorcan? To właściciel Serpentino. Rzadko tutaj bywa, a mimo to zlatuje się tu pełno ludzi o niego pytających – uśmiecha się zalotnie.
- Ty… to znaczy, Pan… jest prowadzącym klubu, a Lorcan właścicielem? – próbuję zrozumieć.
- To jego lokal, ale ponieważ ma ważniejsze rzeczy na głowie, ja tutaj dowodzę. Mam nadzieję, że Carney cię nie przestraszył? Wygląda groźnie, aby odstraszać natrętne muchy – wykonuje gest ręką, jakby odpędzał komara. Chwila, skoro wujek Jerry’ego pracuje tu jako barman, to znaczy, że… Carney jest jego wujkiem?
- Właściwie, to od kiedy mogłabym zacząć?
- Jeśli chcesz, możesz nawet teraz. Pracowałaś kiedyś jako kelnerka?
Przecząco kręcę głową.
- To nic. Szybko się nauczysz. Vanessa ci pomoże – uśmiecha się.- Mów do niej Shellow, nie lubi swojego imienia. Jest bardzo wredna i oschła, ale pomocna – dopowiada szeptem i popycha mnie ku drzwiom z napisem „DLA PERSONELU”.

Na początku nie widzę nic, dopiero potem moje oczy przyzwyczajają się do blasku lamp i świec. Idąc przez korytarze moje oczy widziały tylko ciemność. Nie było tam żadnych lamp, więc szłam po omacku. A tutaj nagle dostaję po oczach.
- Ty jesteś ta Lassie? – jakaś dziewczyna brodą wskazuje na mnie. Ma na sobie luźny, krótki podkoszulek, który odsłania jej wszystko i właściwie mogłaby go w ogóle nie mieć. Jej ręce przyozdabiają tatuaże i skórzane bransoletki. Ma czerwone włosy przystrzyżone na pazia, a w nie wplecione różne czarne wstążki i spinki z czaszkami. W dłoni trzyma lizaka, którym cały czas wymachuje.
- Lynn – poprawiam ją.
- Jasne, Lassie – celowo przedłuża sylaby imienia. Jej zielone oczy przelatują mnie na wylot, czuję, jakby znała już wszystkie moje sekrety. Przerażają mnie te jej kolczyki, w nosie, nad brwią i w uszach. Ma je dosłownie wszędzie. - Jesteś tu świeżym mięskiem, ale nie licz, że ktoś będzie się nad tobą litował – pociera powiekę i rozmazuje sobie mocny, niebieski cień. Klnie pod nosem, zauważając swoją gafę.
- Jasne, Vanesso. – odgryzam się. Dziewczyna unosi głowę i syczy:
- Coś ty powiedziała?
- Ale o co ci chodzi, Vanesso?
Dwoma wielkimi susami dopada mnie i przyciska do ściany.
- Słuchaj, mała. To, że jesteś tutaj nowa, nie znaczy, że będziesz traktowana specjalnie. Masz pracować. A podpadając mi, nie popracujesz tutaj długo. Zamienię twoje życie w piekło – warczy mi do ucha. Jej oddech cuchnący piwem i balonową gumą do żucia, łaskocze mnie po policzku.
- Dobra, rozumiem.
- I nigdy nie mów do mnie Vanesso. Jestem Shellow. A teraz idź się przebrać. – puszcza mnie i podchodzi do obdrapanego fotela. Bierze z niego jakąś małą szmatkę i rzuca we mnie. Unosi brwi i wychodzi z pomieszczenia. Kładę torbę na podłodze i uważnie oglądam pokój. Jest niewielkich rozmiarów, znajduje się tu duża kanapa stojąca pod ścianą i fotel. Oba mocno zniszczone. W kącie stoi stolik, na którym leżą różne papiery i puste butelki po piwie. Na ścianie, obok drzwi, wisi duże lustro.
Z niechęcią ściągam z siebie ubranie, jakbym nie mogła pracować w moich ciuchach. Wkładam moje robocze wdzianko i z przerażeniem stwierdzam, że jest bardzo skąpe. Niebieska spódniczka sięga uda i ledwo zasłania majtki. Natomiast bluzeczka odsłania cały brzuch, nie wspomnę o dekolcie. Ujmując w jedno zdanie: cała moja bielizna jest na wierzchu.
Jak ja mam w tym pracować?!
Wypadam z pokoju dla personelu i widzę Vanessę opierającą się o ścianę.
 - Co to ma być?! – wybucham.
- Twoje ubranie robocze. Niestety nie mamy większego rozmiaru, twoja poprzedniczka była o połowę niższa – mówi z udawanym smutkiem. – A teraz wypad na salę, goście zaczynają się schodzić. Nie ma wielkiego wyboru, zazwyczaj biorą frytki, hamburgera i piwo. A jeśli ktoś będzie bardzo wymagający, zapisz sobie w notesie. – klepie się po biodrze. Sięgam do kieszonki i wyjmuję mały notesik oprawiony w niebieski papier. Przyczepiony jest do niego również mały ołówek.
- Jak mam w tym pracować? – spoglądam na moje „ubranie robocze”.
- Normalnie. Odsłoń coś przed klientem, to da duży napiwek.
- A ty?
- Ja? Ja jestem barmanką, słoneczko. A teraz idź, dzisiaj pracujesz z Hazel.

Przechadzam się pomiędzy stolikami i próbuję naciągnąć skąpą spódniczkę i bluzkę. Niestety, nic z tego. Wielu zboczonych gości uważnie mi się przygląda i mam wrażenie, jakby w ich głowach już układał się plan porwania, albo co gorzej, gwałtu.
Hazel okazuje się sympatyczną dwudziestoparolatką, z rudymi włosami. Jest ode mnie o wiele niższa, więc obiecuje zamienić się „mundurkami”. Zgrałyśmy się i nawet może zaprzyjaźniłyśmy, więc mam nadzieję, że będę z nią zawsze pracować.
Robota mija mi szybko, paru napalonych facetów próbuje się do mnie dobierać, ale osiłkowaty ochroniarz Bill od razu upomina ich grzecznie, że striptizerki udostępniają dopiero po jedenastej, a ja na szczęście kończę pracę o dziewiątej. Dzisiaj akurat wcześniej, by obgadać z Sedricem parę rzeczy.
Pracuję w każdy wtorek, piątek i sobotę. Okay. Od piątej do dziewiątej. Okay. Co do zarobków – zależy ile będzie klientów. Nie okay. Kiedy dostaję napiwek, biorę go dla siebie. Okay. Będę pracować na zmianę z Hazel i Dorotheą. A może tylko z Hazel? No dobra, tylko z Hazel. Okay.
Po rozmowie z Sedricem jestem wykończona. Wszystkim.
W sumie zebrałam dzisiaj ponad dwadzieścia dolców napiwków. To pewnie dlatego, że nic nie odsłaniałam, jak radziła mi Vanessa.
Wychodzę z biura i niezauważona wchodzę do pokoju dla personelu. Nikogo tam nie ma, więc szybko narzucam na siebie moje ubrania, a mundurek chowam w małej szafce. Zdzieram nalepkę z imieniem „Flea” i naklejam nową – „Lynn”. Szafkę zamykam kluczykiem i wkładam go do kieszeni.
Wychodzę z pomieszczenia i próbuję przedostać się do drzwi wyjściowych. Jestem już przy barze, kiedy znajoma twarz miga mi przed oczami. Momentalnie się zatrzymuję i rozglądam wokół. Nieruchomieję. Odwracam się w stronę baru i widzę siedzącego na stołku… Tobiasa.

-------------

Witam!
Tak dawno mnie tutaj nie było, ale dzisiaj wrzucam wam nowy rozdział, świeżutki, przed chwilą skończyłam pisać. Ponownie nie mogę powiedzieć, kiedy będzie kolejny rozdział, wybaczcie :c
I dziękuję za prawie 900 wyświetleń! Mam nadzieję, że pod postami zacznie pojawiać się więcej komentarzy.
Miłego wieczoru,
Primrose.

sobota, 1 marca 2014

Rozdział 3 - Grupa wsparcia

Dopiero po dwóch tygodniach od wypadku decyduję się iść do szkoły. Wczesnym rankiem zwlekam się z łóżka i idę do kuchni. Tata już tam siedzi i uważnie obserwuje jak podchodzę do lodówki. Wyjmuję mleko i płatki z górnej szafki oraz miseczkę. Siadam na krześle obok ojca.
Wstrząsa mną świadomość, że to krzesło mamy. Ona zawsze rano na nim siedziała i piła herbatę.
Powoli wstaję i siadam na krześle naprzeciwko miejsca matki. Szybkim ruchem nalewam mleko i wrzucam płatki do miski. Przeżuwam wszystko dokładnie, aby jak najbardziej spowolnić wyjście do szkoły.
- Idziesz dzisiaj do szkoły? – pyta ojciec.
- Chyba tak.
- No to chyba tak czy na pewno?
- Taką mam nadzieję. – odpowiadam szorstko.
- A Percy?
Podnoszę wzrok znad śniadania.
- Co z nim? On też nie chodzi do szkoły, a w końcu musi zacząć. Porozmawiaj z nim – tata uporczywie patrzy na mnie błagalnym wzrokiem.
Zaciskam usta.
- Ja nie daję rady, Lynn. Po prostu nie daję rady.
Tata wyciera łzy kapiące na gazetę.
Przygryzam wargę. Wstaję z krzesła i podchodzę do ojca, by go przytulić.
- Wiem, tato. Wiem.
Wiem też, że musi czuć się żałośnie. Zamiast utrzymać nas przy życiu i nie poznać po sobie, że się załamał – on wyznaje to wszystko przy śniadaniu. Ale nie mam mu tego za złe.
- Porozmawiam. – odrywam się od taty i wpatruję się w niego uważnie.
- Myślałem o grupie wsparcia. Mógłbym wysłać tam ciebie razem z Percy’m. Myślę, że pomogłoby mu to. Ty byłabyś tam, aby pomóc mu swoją obecnością – pociąga nosem. – Jak myślisz?
- To dobry pomysł – odpowiadam.

Nauczyciele współczująco na mnie patrzą, tym razem żaden uczeń nie rzuca w moją stronę jabłkiem czy niemiłym żartem.
Przemierzam głośny korytarz w ciszy. Zgiełk panujący na przerwie, wszyscy krzyczą i trzaskają szafkami. Ale dla mnie jest cicho. Większość spogląda ukradkiem w moją stronę, a wtedy ja mocniej przyciskam książki do piersi, aż bolą mnie ręce.
- Lynn! – słyszę jak ktoś mnie woła, ale nie odwracam się.
Po chwili dopada mnie Annabeth.
- Lynn! Nie uprzedziłaś mnie, że dzisiaj będziesz – dyszy.
- Była to… szybka decyzja. – wzruszam ramionami.
- Wiesz, że doszedł kolejny nowy? Jakiś Martin Doodly, tak słyszałam…
- Max Daught – poprawiam.
- Znasz go? – źrenice przyjaciółki znacznie się powiększają.
- Taak, oprowadzałam go po szkole. Pani James przyparła mnie do muru.
- Ładny? – Ann trąca mnie biodrem.
- Nie wiem. – odpowiadam wymijająco.
- No mów! Na drugi dzień nie przyszedł do szkoły, nie ma go na żadnym portalu społecznościowym! Nigdzie. Jakby nie istniał.
- Nie przyszedł? – marszczę czoło. – A dzisiaj jest?
- Nie. Jak na razie. Isabelle przechwalała się, że go widziała. Podobno ma ciemniejszą karnację i uwodzicielskie oczy. Wspomniała też, że jest napakowany…
- Fałsz – przerywam jej. – Jest blondynem, ma niebieskie oczy i… chyba raczej nie jest napakowany. Bardziej chuderlawy.
- Ale przystojny? Jak bardzo? Ładniejszy od Tobiasa? – wypytuje Ann.
- O Boże, nie wiem! Miał na sobie bluzę, więc niewiele widziałam!
Annabeth mruży oczy.
- Załóżmy, że ci wierzę. No, a teraz zmykaj, spotkamy się po lekcjach.

Do klasy wchodzi pani James razem z jakiś chłopakiem, który na głowę naciągnięty ma znajomy kaptur.
- Witam, pani Waters – kobieta wita się z nauczycielką matematyki.
- My się znamy? – staruszka nieufnie odkłada notatki na biurko.
Nasza matematyczka znana jest z dziwnych sytuacji na lekcjach. Często zapomina, odbiera telefony przy uczniach i opowiada nam swoje życiowe historie. Kiedyś opowiadała, że jeden z jej gości na urodzinach ukradł jej łyżkę. Następnego dnia otwierając torebkę znalazła zgubę. Klasa ryczała ze śmiechu.
Najzabawniejsze jest to, że ona nie robi tego specjalnie. Po prostu taki już ma charakter. Pomimo tego jest świetną nauczycielką i jest naprawdę dobra z matematyki.
Pani James poprawia okulary.
- Przedstawiam pani nowego ucznia – Maxa.
No błagam.
- Bzdura! Wujek Max nie żyje już od trzydziestu lat!
- Pani Waters, ale to jest inny Max…
- Czy pani próbuje mi wmówić, że nie wiem kiedy umarł brat mojej matki?! – przerywa nauczycielka.
- To jest Max Daught, nowy uczeń! – syczy pani James.
Matematyczka mamrocze coś pod nosem.
- Niech usiądzie obok Lucy – macha ręką i odwraca się do tablicy.
Tylko nie to. Pani Waters zawsze przekręca nasze imiona i nazwiska. Jestem jedyną „Lucy” w tej klasie.
- Lucy? – dziwi się pani James.
- Lucy Peters.
Kobieta marszczy czoło.
- A zatem dobrze, usiądź koło Lucy.
Max zdezorientowany rozgląda się po klasie, jakby szukał dziewczyny z tabliczką „LUCY” przyczepioną do czoła. Ściąga kaptur i natychmiast rozlegają się krzyki:
- Ja jestem Lucy!
- Uhuuu, Max, siądź obok Lucy!
- Cześć, jestem Lucy!
- Lucy Peters to ja!
Zsuwam się lekko w dół, tak, że głową dotykam oparcia krzesła. Opatulam się bluzą i zasłaniam twarz książką.
On jednak chyba mnie zauważył, bo zdecydowanym krokiem zmierza w moją stronę. Zsuwam się jeszcze bardziej. Siada na wolnym krześle obok mnie. Akurat dzisiaj Nora musiała się rozchorować i skazać mnie na samotną matematykę!
- Cześć, Lucy. Jestem Max. – wyciąga rękę w moją stronę i uśmiecha się przy tym tak, jakby cała ta sytuacja go bawiła.
- Znowu coś jarałeś? – podciągam się na krześle.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.
- Zgłoszę na policję, że hodujesz marihuanę.
- A hoduję?
- Po twoim zachowaniu można wywnioskować, że tak.
- W takim razie błędnie mnie oceniasz – rozsadza się na krześle – Lucy. – dopowiada z szerokim uśmiechem.

- Jak tam książki? – zaczepia mnie Tobias po lekcjach. Ze zniecierpliwieniem wypatruję Annabeth.
- Umm, no wiesz, nie przeczytałam jeszcze wszystkich – odpowiadam wymijająco.
- A te, które przeczytałaś? – uporczywie drąży dalej.
- Są… niezłe.
- Jak bardzo niezłe? – przechyla głowę i widzę w jego oczach rozbawienie.
- Droczysz się ze mną? – pakuję książki do torby i naciągam kaptur na głowę.
- Skądże. Wychodzisz w taką pogodę? – wskazuje głową na ulewę, która przysłania widok na małą cukiernię po drugiej stronie i przystanek autobusowy, z którego nikt nie korzysta. Czasami siadam tam po lekcjach, ale rzadko. W naszym miasteczku Charis* w Kanadzie raczej mało kto korzysta z autobusów, większość przechadza się pieszo, tylko nieliczni pozwalają sobie na takie luksusy jak samochody. Charis jest średniej wielkości, na pewno mniejsze od Nowego Jorku, ale można znaleźć tu wszystko. Są sklepy, galeria handlowa, dwa kina, kilka szkół… W tym niestety tylko jedno liceum - w związku z czym nie miałam problemu z wyborem szkoły.
- Czekam na Annabeth, odwiezie mnie do domu – i uśmiecham się sztucznie.
- To może ja cię odwiozę? – proponuje Tobias beznamiętnym tonem.
- Nie, dzięki. Obiecałam Ann, że wpadniemy po drodze do sklepu – odpowiadam szybko. Nie lubię kłamać, ale w takiej sytuacji nie pozostało mi nic innego.
- No cóż, to może innym razem. Do jutra, Lynn. – wzrusza ramionami i odchodzi.
Po piętnastu minutach czekania przed szkołą myślę, że jednak mogłam nie odrzucać propozycji Tobiasa.
Annabeth wypada ze szkoły cała zarumieniona.
- Matko, Lynn, wybacz mi, skarbie! Zagadałam się i zapomniałam! – wyrzuca ręce w górę.
- Nie ma sprawy – wzdycham. Chwila, chwila. – Z kim się zagadałaś?
- Oh, to nieistotne – wymiguje się i wybiega na deszcz. Biegnę za nią do samochodu.
- Istotne! – otwieram drzwi i wsiadam do dusznego volkswagena.
- No dobra – wzdycha z dezaprobatą – z Jerry’m, zadowolona? – i odpala silnik.
- Z Jerry’m? Philipsem? – dziwię się.
- Tak, bo co? – Ann włącza ogrzewanie, a ja machinalnie pocieram ręce.
- Czy to nie jest przypadkiem ten, który w ostatniej podstawówki zaprosił cię na imprezę, a następnie poszedł z Jennifer? – cmokam z niezadowoleniem.
- Powiedział, że źle się czuje – poprawia mnie przyjaciółka.
- A następnie poszedł z Jennifer – przypominam jej.
- O rany, tak, no i co z tego?! W końcu muszę przeboleć stare rany, żeby normalnie żyć. Ty też powinnaś – patrzy na mnie znacząco.
Wywracam oczami.
- O czym tak gadaliście? – odkręcam butelkę wody i pociągam łyk.
- Załatwiłam ci pracę.
Krztuszę się i wypluwam wodę przed siebie.
Annabeth głośno wzdycha i patrzy na mnie z miną „serio?!”.
- Słucham?!
- Załatwiłam ci pracę – powtarza. – Cały czas narzekasz na brak samochodu. Musisz na niego zarobić. Poza tym to ci się przyda, nareszcie będziesz miała co robić. – wzrusza ramionami.
- Mam co robić! – obruszam się.
- Taak, siedzenie całymi dniami w domu i użalanie się nad sobą zabiera ci mnóstwo czasu – wygarnia mi przyjaciółka z sarkazmem.
Wciągam powietrze do płuc i w moim mózgu już tworzy się jakaś cięta riposta.
- Będę chodzić z Percy’m na grupy wsparcia! Jestem zajęta, odwołaj to. – mówię z wyrzutem.
- Jak kupisz samochód będziesz mogła przejechać Jennifer – podpowiada mi obojętnym tonem.
- Kiedy zaczynam?

Siedzę sztywno na krześle i wpatruję się w granatowe pudełeczko z napisem „Veidth” leżące metr przede mną. Od wypadku nie myślałam o naszyjnikach, a dzisiaj wpadły mi w ręce przez przypadek. Przygryzam wargę.
Dać jeden Percy’emu? Ale czy to nie będzie za wiele? Wtedy może się całkiem załamać. Wyciągam rękę po pudełeczko, ale natychmiastowo ją cofam i przyciskam do piersi.
Najlepiej by było, gdyby mama nic mi nie dawała. Wtedy nie byłoby problemu. A teraz sama muszę uporać się z tym ciężarem.
Szybko chwytam prezent i otwieram pudełeczko. W środku lśnią dwa naszyjniki podobne do monet, które wiszą na srebrnych łańcuszkach. Wyciągam jeden i przypatruję się wyrytej klepsydrze. Przejeżdżam po niej opuszkiem palca i zakładam naszyjnik na szyję. Chwilę ściskam go w dłoni, a potem chowam pudełeczko z drugim naszyjnikiem do kurtki. Dzisiaj zdecyduję, czy dać go Percy’emu.
Blizna na prawym obojczyku nagle zaczyna mnie szczypać. Wciągam powietrze do płuc i przyciskam naszyjnik do ciała w obawie, że ktoś mógłby mi go zabrać.

- Spotkanie kończy się o osiemnastej, więc postaram się być na czas. – Tata zachęcająco kiwa głową.
- Okej – wzdycham.
Ojciec patrzy na mnie jeszcze przez chwilę, po czym całuje mnie i Percy’ego w czoło.
- Trzymajcie się – wsiada do samochodu i odjeżdża.
Percy patrzy na mnie niepewnie, jakby oczekiwał, że jednak zrezygnujemy w ostatniej chwili. Mocno łapię go za rękę i wchodzimy do podniszczonego budynku.
Kiedyś była to chyba sala gimnastyczna, bo na ścianach wiszą drabinki, a w kącie dostrzegam materace. Nieprzyjemny zapach roznosi się po całym pomieszczeniu. Pewnie odbywały się tutaj jakieś zajęcia gimnastyczne, a może dzieciaki grały tu w piłkę? Nie wiem. Wiem tylko, że prowadzący grupę wynajmuje tę salę w każdy wtorek i czwartek.
Na środku pomieszczenia plastikowe krzesła stoją w kółku, kilka z nich już jest zajętych. Parę osób krząta się również przy stoliku ze skromnym poczęstunkiem w postaci ciastek z pobliskiego sklepu i kilka kartonów soku. W sumie jest tu ponad dziesięć osób.
- Dzień dobry, mili państwo, proszę o zajęcie miejsc! – chłopak powyżej dwudziestki wskazuje na krzesła. Posłusznie zajmuję miejsce najbliżej wyjścia, a Percy siada obok mnie.
Chłopak wstaje i oświadcza:
- Witam wszystkich, jestem Jace i prowadzę tę grupę wsparcia. Rok temu w wypadku kolejowym zginęła cała moja rodzina – rodzice oraz dwójka młodszego rodzeństwa. Było mi bardzo ciężko, szczególnie, że nie został mi nikt. Nadal jest mi trudno, ale na świecie istnieje wiele wspaniałych osób, które pomagają nam podnieść się, kiedy upadamy. Są jak anioły – objawiają się nagle i podają nam rękę – łapie za rękę dziewczynę z ciemnoczerwonymi włosami siedzącą obok niego. – A to jest mój anioł, Alice. Jeśli ktoś jest gotowy, by opowiedzieć o swojej stracie, zapraszam.
Czuję, że Percy cały się trzęsie, więc ściskam jego rękę jeszcze mocniej. Widzę, że się waha.
- Nie musisz – szepczę do niego.
Percy’ego uprzedza dziewczyna młodsza ode mnie. Wygląda na przemęczoną, tłuste blond loki upięła w niechlujny kok.
Jace zauważa rękę dziewczyny w górze i kiwa głową.
- Jestem Zoe i mam czternaście lat – głośno przełyka ślinę, jakby mówienie sprawiało jej trudność. – moja mama zmarła, gdy miałam trzy lata. Miesiąc temu zmarł mój tata na raka. Teraz mieszkam u dziadków  i… - zaciska usta i widzę, że próbuje powstrzymać łzy. Chwilę później wybucha płaczem. Jace podchodzi do niej i przytula.
- Wszystko w porządku, Zoe. Masz nas, pomożemy ci.
Odruchowo ściskam naszyjnik od mamy na mojej szyi.
- Czy ktoś jeszcze chce się podzielić z nami swoją tragedią? Kiedy to z siebie wyrzucicie będzie wam lżej. – zachęca nas prowadzący.
Nieśmiało unoszę rękę w górę. Jace kiwa głową. Spoglądam na Percy’ego, które patrzy na mnie jak na bohatera.
- Mam na imię Lynn i mam siedemnaście lat. Kilka tygodni temu umarła moja… nasza mama – poprawiam się. – To jest mój brat Percy – wskazuję na niego.
- Jak sobie radzicie?
Biorę głęboki oddech. Wszyscy patrzą na mnie w milczeniu.
- Ja radzę sobie… - ostrożnie dobieram słowa, aby nie wybuchnąć.- dobrze. Pomagają mi przyjaciele i ciotka.
- A ty, Percy? Chcesz nam opowiedzieć o swoim bólu? – pyta Jace.
Brat napina mięśnie i zaciska dłoń.
- Jest… jest w porządku. – mówi cicho.
- Na pewno? – Jace wyczuwa kłamstwo.
Percy bierze głęboki oddech i odpowiada drżącym głosem:
- Nie.
- Chcesz o tym porozmawiać? Jesteś na to gotowy?
Przecząco kręci głową.
- Dobrze, zatem będziemy cierpliwie czekać, aż będziesz gotów.

Tata przyjeżdża punktualnie o szóstej. Parkuje volvo na pustym parkingu i cierpliwie czeka, aż spotkanie się skończy. Widzę przez okno, jak zapala papierosa i szybko go gasi, kiedy słyszy, że wszyscy wychodzą.
- I jak było? – przerywa krępującą ciszę, kiedy wracamy do domu.
- W porządku. – odpowiadam za brata.
- Przyjdziecie jeszcze?
Spoglądam na Percy’ego siedzącego na tylnym siedzeniu. On niezauważalnie kiwa głową.
- Tak.

*takie miasteczko nie istnieje, zostało ono wymyślone na potrzeby opowiadania, tak jak wszystko inne.

--------------

Witam wszystkich. Nowy rozdział dla was. Nie zniechęcajcie się przez brak szybkiej akcji, bo jak na razie sama muszę poukładać fabułę tak, aby wszystko było sensowne. Mam już zarys tego wszystkiego, muszę tylko to dopracować. Mam nadzieję, że nie jesteście źli ;>
Niestety nie jestem w stanie wam napisać, kiedy będzie kolejny rozdział, ponieważ od poniedziałku siedziałam w domu, bardzo się pochorowałam i mam teraz mnóstwo nadrabiania :\ Wybaczcie.

Pozdrawiam,
Primrose.