Dopiero po dwóch tygodniach od wypadku decyduję się iść do
szkoły. Wczesnym rankiem zwlekam się z łóżka i idę do kuchni. Tata już tam
siedzi i uważnie obserwuje jak podchodzę do lodówki. Wyjmuję mleko i płatki z
górnej szafki oraz miseczkę. Siadam na krześle obok ojca.
Wstrząsa mną świadomość, że to krzesło mamy. Ona zawsze rano
na nim siedziała i piła herbatę.
Powoli wstaję i siadam na krześle naprzeciwko miejsca matki.
Szybkim ruchem nalewam mleko i wrzucam płatki do miski. Przeżuwam wszystko
dokładnie, aby jak najbardziej spowolnić wyjście do szkoły.
- Idziesz dzisiaj do szkoły? – pyta ojciec.
- Chyba tak.
- No to chyba tak czy na pewno?
- Taką mam nadzieję. – odpowiadam szorstko.
- A Percy?
Podnoszę wzrok znad śniadania.
- Co z nim? On też nie chodzi do szkoły, a w końcu musi
zacząć. Porozmawiaj z nim – tata uporczywie patrzy na mnie błagalnym wzrokiem.
Zaciskam usta.
- Ja nie daję rady, Lynn. Po prostu nie daję rady.
Tata wyciera łzy kapiące na gazetę.
Przygryzam wargę. Wstaję z krzesła i podchodzę do ojca, by
go przytulić.
- Wiem, tato. Wiem.
Wiem też, że musi czuć się żałośnie. Zamiast utrzymać nas
przy życiu i nie poznać po sobie, że się załamał – on wyznaje to wszystko przy
śniadaniu. Ale nie mam mu tego za złe.
- Porozmawiam. – odrywam się od taty i wpatruję się w niego
uważnie.
- Myślałem o grupie wsparcia. Mógłbym wysłać tam ciebie
razem z Percy’m. Myślę, że pomogłoby mu to. Ty byłabyś tam, aby pomóc mu swoją
obecnością – pociąga nosem. – Jak myślisz?
- To dobry pomysł – odpowiadam.
Nauczyciele współczująco na mnie patrzą, tym razem żaden
uczeń nie rzuca w moją stronę jabłkiem czy niemiłym żartem.
Przemierzam głośny korytarz w ciszy. Zgiełk panujący na
przerwie, wszyscy krzyczą i trzaskają szafkami. Ale dla mnie jest cicho.
Większość spogląda ukradkiem w moją stronę, a wtedy ja mocniej przyciskam
książki do piersi, aż bolą mnie ręce.
- Lynn! – słyszę jak ktoś mnie woła, ale nie odwracam się.
Po chwili dopada mnie Annabeth.
- Lynn! Nie uprzedziłaś mnie, że dzisiaj będziesz – dyszy.
- Była to… szybka decyzja. – wzruszam ramionami.
- Wiesz, że doszedł kolejny nowy? Jakiś Martin Doodly, tak
słyszałam…
- Max Daught – poprawiam.
- Znasz go? – źrenice przyjaciółki znacznie się powiększają.
- Taak, oprowadzałam go po szkole. Pani James przyparła mnie
do muru.
- Ładny? – Ann trąca mnie biodrem.
- Nie wiem. – odpowiadam wymijająco.
- No mów! Na drugi dzień nie przyszedł do szkoły, nie ma go
na żadnym portalu społecznościowym! Nigdzie. Jakby nie istniał.
- Nie przyszedł? – marszczę czoło. – A dzisiaj jest?
- Nie. Jak na razie. Isabelle przechwalała się, że go
widziała. Podobno ma ciemniejszą karnację i uwodzicielskie oczy. Wspomniała
też, że jest napakowany…
- Fałsz – przerywam jej. – Jest blondynem, ma niebieskie
oczy i… chyba raczej nie jest napakowany. Bardziej chuderlawy.
- Ale przystojny? Jak bardzo? Ładniejszy od Tobiasa? –
wypytuje Ann.
- O Boże, nie wiem! Miał na sobie bluzę, więc niewiele
widziałam!
Annabeth mruży oczy.
- Załóżmy, że ci wierzę. No, a teraz zmykaj, spotkamy się po
lekcjach.
Do klasy wchodzi pani James razem z jakiś chłopakiem, który
na głowę naciągnięty ma znajomy kaptur.
- Witam, pani Waters – kobieta wita się z nauczycielką
matematyki.
- My się znamy? – staruszka nieufnie odkłada notatki na
biurko.
Nasza matematyczka znana jest z dziwnych sytuacji na
lekcjach. Często zapomina, odbiera telefony przy uczniach i opowiada nam swoje
życiowe historie. Kiedyś opowiadała, że jeden z jej gości na urodzinach ukradł
jej łyżkę. Następnego dnia otwierając torebkę znalazła zgubę. Klasa ryczała ze
śmiechu.
Najzabawniejsze jest to, że ona nie robi tego specjalnie. Po
prostu taki już ma charakter. Pomimo tego jest świetną nauczycielką i jest
naprawdę dobra z matematyki.
Pani James poprawia okulary.
- Przedstawiam pani nowego ucznia – Maxa.
No błagam.
- Bzdura! Wujek Max nie żyje już od trzydziestu lat!
- Pani Waters, ale to jest inny Max…
- Czy pani próbuje mi wmówić, że nie wiem kiedy umarł brat
mojej matki?! – przerywa nauczycielka.
- To jest Max Daught, nowy uczeń! – syczy pani James.
Matematyczka mamrocze coś pod nosem.
- Niech usiądzie obok Lucy – macha ręką i odwraca się do
tablicy.
Tylko nie to. Pani Waters zawsze przekręca nasze imiona i
nazwiska. Jestem jedyną „Lucy” w tej klasie.
- Lucy? – dziwi się pani James.
- Lucy Peters.
Kobieta marszczy czoło.
- A zatem dobrze, usiądź koło Lucy.
Max zdezorientowany rozgląda się po klasie, jakby szukał
dziewczyny z tabliczką „LUCY” przyczepioną do czoła. Ściąga kaptur i
natychmiast rozlegają się krzyki:
- Ja jestem Lucy!
- Uhuuu, Max, siądź obok Lucy!
- Cześć, jestem Lucy!
- Lucy Peters to ja!
Zsuwam się lekko w dół, tak, że głową dotykam oparcia
krzesła. Opatulam się bluzą i zasłaniam twarz książką.
On jednak chyba mnie zauważył, bo zdecydowanym krokiem
zmierza w moją stronę. Zsuwam się jeszcze bardziej. Siada na wolnym krześle obok mnie. Akurat dzisiaj Nora
musiała się rozchorować i skazać mnie na samotną matematykę!
- Cześć, Lucy. Jestem Max. – wyciąga rękę w moją stronę i
uśmiecha się przy tym tak, jakby cała ta sytuacja go bawiła.
- Znowu coś jarałeś? – podciągam się na krześle.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.
- Zgłoszę na policję, że hodujesz marihuanę.
- A hoduję?
- Po twoim zachowaniu można wywnioskować, że tak.
- W takim razie błędnie mnie oceniasz – rozsadza się na
krześle – Lucy. – dopowiada z szerokim uśmiechem.
- Jak tam książki? – zaczepia mnie Tobias po lekcjach. Ze
zniecierpliwieniem wypatruję Annabeth.
- Umm, no wiesz, nie przeczytałam jeszcze wszystkich –
odpowiadam wymijająco.
- A te, które przeczytałaś? – uporczywie drąży dalej.
- Są… niezłe.
- Jak bardzo niezłe? – przechyla głowę i widzę w jego oczach
rozbawienie.
- Droczysz się ze mną? – pakuję książki do torby i naciągam
kaptur na głowę.
- Skądże. Wychodzisz w taką pogodę? – wskazuje głową na
ulewę, która przysłania widok na małą cukiernię po drugiej stronie i przystanek
autobusowy, z którego nikt nie korzysta. Czasami siadam tam po lekcjach, ale
rzadko. W naszym miasteczku Charis* w Kanadzie raczej mało kto korzysta z
autobusów, większość przechadza się pieszo, tylko nieliczni pozwalają sobie na
takie luksusy jak samochody. Charis jest średniej wielkości, na pewno mniejsze od Nowego Jorku, ale można znaleźć tu wszystko. Są sklepy, galeria
handlowa, dwa kina, kilka szkół… W tym niestety tylko jedno liceum - w
związku z czym nie miałam problemu z wyborem szkoły.
- Czekam na Annabeth, odwiezie mnie do domu – i uśmiecham
się sztucznie.
- To może ja cię odwiozę? – proponuje Tobias beznamiętnym
tonem.
- Nie, dzięki. Obiecałam Ann, że wpadniemy po drodze do
sklepu – odpowiadam szybko. Nie lubię kłamać, ale w takiej sytuacji nie
pozostało mi nic innego.
- No cóż, to może innym razem. Do jutra, Lynn. – wzrusza
ramionami i odchodzi.
Po piętnastu minutach czekania przed szkołą myślę, że jednak
mogłam nie odrzucać propozycji Tobiasa.
Annabeth wypada ze szkoły cała zarumieniona.
- Matko, Lynn, wybacz mi, skarbie! Zagadałam się i
zapomniałam! – wyrzuca ręce w górę.
- Nie ma sprawy – wzdycham. Chwila, chwila. – Z kim się
zagadałaś?
- Oh, to nieistotne – wymiguje się i wybiega na deszcz.
Biegnę za nią do samochodu.
- Istotne! – otwieram drzwi i wsiadam do dusznego
volkswagena.
- No dobra – wzdycha z dezaprobatą – z Jerry’m, zadowolona?
– i odpala silnik.
- Z Jerry’m? Philipsem? – dziwię się.
- Tak, bo co? – Ann włącza ogrzewanie, a ja machinalnie
pocieram ręce.
- Czy to nie jest przypadkiem ten, który w ostatniej
podstawówki zaprosił cię na imprezę, a następnie poszedł z Jennifer? – cmokam z
niezadowoleniem.
- Powiedział, że źle się czuje – poprawia mnie przyjaciółka.
- A następnie poszedł z Jennifer – przypominam jej.
- O rany, tak, no i co z tego?! W końcu muszę przeboleć
stare rany, żeby normalnie żyć. Ty też powinnaś – patrzy na mnie znacząco.
Wywracam oczami.
- O czym tak gadaliście? – odkręcam butelkę wody i pociągam
łyk.
- Załatwiłam ci pracę.
Krztuszę się i wypluwam wodę przed siebie.
Annabeth głośno wzdycha i patrzy na mnie z miną „serio?!”.
- Słucham?!
- Załatwiłam ci pracę – powtarza. – Cały czas narzekasz na
brak samochodu. Musisz na niego zarobić. Poza tym to ci się przyda, nareszcie
będziesz miała co robić. – wzrusza ramionami.
- Mam co robić! – obruszam się.
- Taak, siedzenie całymi dniami w domu i użalanie się nad
sobą zabiera ci mnóstwo czasu – wygarnia mi przyjaciółka z sarkazmem.
Wciągam powietrze do płuc i w moim mózgu już tworzy się
jakaś cięta riposta.
- Będę chodzić z Percy’m na grupy wsparcia! Jestem zajęta,
odwołaj to. – mówię z wyrzutem.
- Jak kupisz samochód będziesz mogła przejechać Jennifer –
podpowiada mi obojętnym tonem.
- Kiedy zaczynam?
Siedzę sztywno na krześle i wpatruję się w granatowe
pudełeczko z napisem „Veidth” leżące metr przede mną. Od wypadku nie myślałam o
naszyjnikach, a dzisiaj wpadły mi w ręce przez przypadek. Przygryzam wargę.
Dać jeden Percy’emu? Ale czy to nie będzie za wiele? Wtedy
może się całkiem załamać. Wyciągam rękę po pudełeczko, ale natychmiastowo ją
cofam i przyciskam do piersi.
Najlepiej by było, gdyby mama nic mi nie dawała. Wtedy nie
byłoby problemu. A teraz sama muszę uporać się z tym ciężarem.
Szybko chwytam prezent i otwieram pudełeczko. W środku lśnią
dwa naszyjniki podobne do monet, które wiszą na srebrnych łańcuszkach. Wyciągam
jeden i przypatruję się wyrytej klepsydrze. Przejeżdżam po niej opuszkiem palca
i zakładam naszyjnik na szyję. Chwilę ściskam go w dłoni, a potem chowam
pudełeczko z drugim naszyjnikiem do kurtki. Dzisiaj zdecyduję, czy dać go Percy’emu.
Blizna na prawym obojczyku nagle zaczyna mnie szczypać. Wciągam
powietrze do płuc i przyciskam naszyjnik do ciała w obawie, że ktoś mógłby mi
go zabrać.
- Spotkanie kończy się o osiemnastej, więc postaram się być
na czas. – Tata zachęcająco kiwa głową.
- Okej – wzdycham.
Ojciec patrzy na mnie jeszcze przez chwilę, po czym całuje
mnie i Percy’ego w czoło.
- Trzymajcie się – wsiada do samochodu i odjeżdża.
Percy patrzy na mnie niepewnie, jakby oczekiwał, że jednak
zrezygnujemy w ostatniej chwili. Mocno łapię go za rękę i wchodzimy do
podniszczonego budynku.
Kiedyś była to chyba sala gimnastyczna, bo na ścianach wiszą
drabinki, a w kącie dostrzegam materace. Nieprzyjemny zapach roznosi się po
całym pomieszczeniu. Pewnie odbywały się tutaj jakieś zajęcia gimnastyczne, a
może dzieciaki grały tu w piłkę? Nie wiem. Wiem tylko, że prowadzący grupę
wynajmuje tę salę w każdy wtorek i czwartek.
Na środku pomieszczenia plastikowe krzesła stoją w kółku,
kilka z nich już jest zajętych. Parę osób krząta się również przy stoliku ze
skromnym poczęstunkiem w postaci ciastek z pobliskiego sklepu i kilka kartonów
soku. W sumie jest tu ponad dziesięć osób.
- Dzień dobry, mili państwo, proszę o zajęcie miejsc! –
chłopak powyżej dwudziestki wskazuje na krzesła. Posłusznie zajmuję miejsce
najbliżej wyjścia, a Percy siada obok mnie.
Chłopak wstaje i oświadcza:
- Witam wszystkich, jestem Jace i prowadzę tę grupę
wsparcia. Rok temu w wypadku kolejowym zginęła cała moja rodzina – rodzice oraz
dwójka młodszego rodzeństwa. Było mi bardzo ciężko, szczególnie, że nie został
mi nikt. Nadal jest mi trudno, ale na świecie istnieje wiele wspaniałych osób,
które pomagają nam podnieść się, kiedy upadamy. Są jak anioły – objawiają się
nagle i podają nam rękę – łapie za rękę dziewczynę z ciemnoczerwonymi włosami siedzącą obok niego. –
A to jest mój anioł, Alice. Jeśli ktoś jest gotowy, by opowiedzieć o swojej
stracie, zapraszam.
Czuję, że Percy cały się trzęsie, więc ściskam jego rękę
jeszcze mocniej. Widzę, że się waha.
- Nie musisz – szepczę do niego.
Percy’ego uprzedza dziewczyna młodsza ode mnie. Wygląda na
przemęczoną, tłuste blond loki upięła w niechlujny kok.
Jace zauważa rękę dziewczyny w górze i kiwa głową.
- Jestem Zoe i mam czternaście lat – głośno przełyka ślinę,
jakby mówienie sprawiało jej trudność. – moja mama zmarła, gdy miałam trzy
lata. Miesiąc temu zmarł mój tata na raka. Teraz mieszkam u dziadków i… - zaciska usta i widzę, że próbuje
powstrzymać łzy. Chwilę później wybucha płaczem. Jace podchodzi do niej i
przytula.
- Wszystko w porządku, Zoe. Masz nas, pomożemy ci.
Odruchowo ściskam naszyjnik od mamy na mojej szyi.
- Czy ktoś jeszcze chce się podzielić z nami swoją tragedią?
Kiedy to z siebie wyrzucicie będzie wam lżej. – zachęca nas prowadzący.
Nieśmiało unoszę rękę w górę. Jace kiwa głową. Spoglądam na Percy’ego,
które patrzy na mnie jak na bohatera.
- Mam na imię Lynn i mam siedemnaście lat. Kilka tygodni
temu umarła moja… nasza mama – poprawiam się. – To jest mój brat Percy –
wskazuję na niego.
- Jak sobie radzicie?
Biorę głęboki oddech. Wszyscy patrzą na mnie w milczeniu.
- Ja radzę sobie… - ostrożnie dobieram słowa, aby nie
wybuchnąć.- dobrze. Pomagają mi przyjaciele i ciotka.
- A ty, Percy? Chcesz nam opowiedzieć o swoim bólu? – pyta Jace.
Brat napina mięśnie i zaciska dłoń.
- Jest… jest w porządku. – mówi cicho.
- Na pewno? – Jace wyczuwa kłamstwo.
Percy bierze głęboki oddech i odpowiada drżącym głosem:
- Nie.
- Chcesz o tym porozmawiać? Jesteś na to gotowy?
Przecząco kręci głową.
- Dobrze, zatem będziemy cierpliwie czekać, aż będziesz gotów.
Tata przyjeżdża punktualnie o szóstej. Parkuje volvo na pustym
parkingu i cierpliwie czeka, aż spotkanie się skończy. Widzę przez okno, jak
zapala papierosa i szybko go gasi, kiedy słyszy, że wszyscy wychodzą.
- I jak było? – przerywa krępującą ciszę, kiedy wracamy do
domu.
- W porządku. – odpowiadam za brata.
- Przyjdziecie jeszcze?
Spoglądam na Percy’ego siedzącego na tylnym siedzeniu. On
niezauważalnie kiwa głową.
- Tak.
*takie miasteczko nie istnieje, zostało ono wymyślone na
potrzeby opowiadania, tak jak wszystko inne.
--------------
Witam wszystkich. Nowy rozdział dla was. Nie zniechęcajcie się przez brak szybkiej akcji, bo jak na razie sama muszę poukładać fabułę tak, aby wszystko było sensowne. Mam już zarys tego wszystkiego, muszę tylko to dopracować. Mam nadzieję, że nie jesteście źli ;>
Niestety nie jestem w stanie wam napisać, kiedy będzie kolejny rozdział, ponieważ od poniedziałku siedziałam w domu, bardzo się pochorowałam i mam teraz mnóstwo nadrabiania :\ Wybaczcie.
Niestety nie jestem w stanie wam napisać, kiedy będzie kolejny rozdział, ponieważ od poniedziałku siedziałam w domu, bardzo się pochorowałam i mam teraz mnóstwo nadrabiania :\ Wybaczcie.
Pozdrawiam,
Primrose.
Yay. Nie mam się czego doczepic :3.
OdpowiedzUsuńGdybyś tylko Braterstwo skończyła...
Wiesz, ile razy się do tego zabierałam? XD Już nawet mam zaczęty kolejny rozdział, ale jakoś nie mogę nic wymyślić. Nie wiem co się stało, mam jakąś blokadę ;\
UsuńJedyne co mogę powiedzieć to: MEGA
OdpowiedzUsuńi mam ochotę kląć.
I znowu zazdrość ._.
świetny, wciągający rozdział <3 Weź mnie informuj jak będzie nn w SPAM bo nie zawsze mam dostęp do blogspota ;) (każda wiadomość na blogu= wiadomość na mailu- a na maila wchodzę częściej, żeby nie nabijać wejść samej sobie :P)
Notka mnie zwaliła z nóg. Aż mnie przygnębiła cała ta sytuacja. Po prostu mega.
Z ogromną przyjemnością czytam Twoje opowiadanie i tak jak Tasted czekam na zakończenie Uzdolnionych.
P.S- piszesz coraz lepiej *,*
Ach, aż tak dobrze, to nie jest. Rozszerzam swoje umiejętności i słownictwo, ale nigdy nie dorównam tobie, Mistrzyni Opisów *u*
UsuńCo ty mi ty insynuujesz? XD Nie jestem mistrzynią, właściwie. Jestem tylko kolejnym uczniem pragnącym dostać się na wyższy szczebel. Szczebel wyższy tylko sobie.
UsuńPiszę z anonima bo mi siebie chce logować XDDDDDD mam tylko jedno pytanie: dlaczego piszesz tak doskonale?!? Przez ciebie się uzależnię jeszcze od jakieś wutki lub wyląduje w szpitalu (czyt. Krainie cewników).
OdpowiedzUsuń