Percy zdecydowanie nie jest jeszcze gotowy na naszyjnik, ale
kiedy wchodzi do mnie do pokoju i zauważa go na mojej szyi, nie mogę dłużej
tego ukrywać.
- Co to?
Spoglądam na niego znad książki.
- Naszyjnik.
Percy unosi brwi.
- Od kogo?
Długo zwlekam z odpowiedzią, nie chcę go ranić. Pomyśli, że
mama zatroszczyła się o mnie i pozostawiła mi po sobie jakiś ślad, a o nim
zapomniała.
- Od mamy.
Percy lekko marszczy czoło i błądzi oczami po podłodze.
Obserwuję go uważnie i widzę, że jest przybity, a ta wiadomość całkiem go
zmiażdżyła.
- Pójdę już. – głośno przełyka ślinę i wstaje z łóżka.
- Czekaj! – zamykam książkę z głośnym trzaskiem i podbiegam
do sterty ubrań. Wygrzebuję dżinsy i przeglądam kieszenie, ale pudełeczka nie
ma.
Percy podąża za mną oczyma, próbując zrozumieć. Wtedy do
mnie trafia, gdzie jest drugi prezent od mamy. Mijam brata w drzwiach i pędzę
do wieszaka, przy drzwiach do mieszkania. Otwieram każdą kieszeń kurtki w
poszukiwaniu pudełeczka i nagle na nie natrafiam. Przez chwilę gładzę wyszyty
napis na nim, a potem dobiegam do pokoju.
Zatrzaskuję drzwi i biorę naszyjnik do ręki. Nie wygląda na
damski, jest bardziej chłopięcy.
Szybkim ruchem zapinam go Percy’emu na szyi.
- Kazała ci go przekazać.
Brat głośno wzdycha i zaczyna gładzić podarunek opuszkami
palców. Nie wspominam przy nim o klepsydrze i papierku, który znalazłam w jego
pokoju. To zbyt wiele, a ostatnio tak bardzo się do siebie zbliżyliśmy, że boję
się zniszczyć tę więź.
- Dobranoc, Lynn. – mówi i wychodzi.
Jestem mało kreatywna. Co więcej, nie mam zainteresowań.
Lubię czytać, ale ileż można? Mama zawsze mnie straszyła, że czytając po nocach
psuje mi się wzrok, ale teraz już w to nie wierzę. A nawet jeśli to prawda, to
i tak niewiele to zmieni.
Z nudów zaczynam robić zaległe zadania. Najpierw historia,
bo pan Livingstone nie odpuszcza, a ostatnio lubi się czepiać.
W trzy godziny uwijam się ze wszystkim. Światła w budynku
naprzeciwko gasną, więc spoglądam na zegar wiszący na ścianie. Już jedenasta.
Z westchnieniem zamykam podręczniki i biorę szybki prysznic.
Przebieram się w cienki różowy podkoszulek na ramiączkach i bawełniane spodnie.
Gaszę światła i kładę się do łóżka, ale po dziesięciu minutach stwierdzam, że
wcale nie chce mi się spać. W ogóle nie jestem zmęczona, chociaż że dzisiaj tak
wiele się wydarzyło. Skoro organizm wcale nie potrzebuje snu – nie będę się
sprzeciwiać.
Moje myśli podążają ku Tobiasowi. No i co mam zrobić z
Maxem? Jednego dnia tyle się wydarzyło –
Tobias, Max, potem wypadek… Dopiero teraz zaczynam się nad tym głębiej
zastanawiać. Dlaczego akurat tego
dnia przyczepił się do mnie Tobias? No i Max akurat wtedy zapragnął, abym
oprowadziła go po szkole. Wątpię, żeby był to kaprys pani James. Każda inna
dziewczyna uznałaby to za zbieg okoliczności – każda, tylko nie ja. Wzbudziłam
zainteresowanie płci przeciwnej. Co takiego zrobiłam? A może Jennifer znowu
wymyśliła jakąś podłą plotkę o mnie? Może ubzdurała sobie, że się puszczam i
teraz każdy chce mnie zaliczyć. Albo wręcz przeciwnie – rozgadała wszystkim, że
jestem niedostępna i nikt mnie nie będzie miał. A jeśli to był zakład? O Boże!
Chyba nie posunęłaby się tak daleko…?
Parskam i zaczynam śmiać się jak wariatka. Taak, na pewno
Jennifer nie ma nic innego do roboty, tylko rozpuszczać jakieś plotki o mnie.
Zresztą – co mnie to obchodzi? Niech sobie gada. Już dawno przestałam zwierzać
się Ann w damskiej toalecie, więc skoro Jenn nie ma świeżutkich nowinek –
wymyśla swoje.
Tak, to prawdopodobne. Kiedy któryś z chłopaków mi się
napatoczy, odeślę go z kwitkiem. Nie mam powodu, by umawiać się z Tobiasem,
broń Boże – z Maxem! Absurd.
Wzdycham. Zaczynam wymyślać jakieś bzdury. Aby odpędzić od
siebie te idiotyczne rozmyślania, zaczynam gładzić naszyjnik. Nie rozstaję się
z nim nawet w śnie.
W pewnym momencie natrafiam na jakieś zgrubienie. Ściągam
naszyjnik i siadam przy biurku. Włączam lampkę i uważnie przyglądam się
zdobyczy. Na ściance ma lekkie zgrubienie. Przyciskam, próbuję przesunąć, ale
nie udaje mi się. Zauważam cieniutką i ledwo widoczną linię. Spostrzegam, że wygląda
to tak, jakby dwie cienkie monety ktoś złączył klejem. Próbuję przekręcić jedną
z połówek i udaje mi się. Słyszę ciche łupnięcie, a chwilę po tym spadam w
czarną otchłań.
Moje nagie ramiona dotykają zimnych kafelków, przez co
przechodzą mnie ciarki. Zewsząd słychać ciche syczenie. Powoli otwieram oczy i
pierwsze co rejestrują moje oczy, to naga żarówka dyndająca przy suficie. Jej
słabe światło oświetla podłogę, na której leżę. Powolnymi ruchami wstaję i
rozglądam się wokół. Nadal mam na sobie cienką piżamę, więc rozcieram nagie
ręce, aby się rozgrzać. Bose stopy powoli przyzwyczajają się do lodowatych
kafelków.
Rozglądam się wokół. Wszędzie poustawiane są klatki z
mocnymi, mieniącymi się na czerwono prętami. Dopiero po chwili zauważam
siedzące w nich postacie. W jednej siedzi odwrócony do mnie tyłem pies. Ma
skudloną sierść i niespokojnie macha ogonem. W klatce obok niego siedzi mały…
smok? Mój Boże, czy to jest smok?! Jego ciało pokrywają niebieskie łuski, a
wielkie żółte ślepia wpatrują się we mnie uporczywie.
Mimowolnie wzdrygam się z niechęcią. Musiałam chyba usnąć
przy biurku, zapewne tata niedługo do mnie zajrzy – jak to ma w zwyczaju od
wypadku mamy – i wyrwie mnie z tego idiotycznego snu. Zaczynam śmiać się jak
wariatka, bo zauważam również niesamowicie bladego człowieka, który zamiast
zębów ma kły, węża, który oczy zawiązane ma fioletową przepaską oraz kilka
innych stworzeń. Kiedy zauważam małą istotę z czerwoną czapką na głowie –
zapewne krasnoludka – wybucham histerycznym śmiechem. Kładę rękę na jednym z
mieniących się na czerwono prętów, aby
się podeprzeć i nie upaść, a wtedy słyszę ciężkie kroki. Rozglądam się
wokół siebie i zauważam, że wzdłuż ścian stoją klatki. Niektóre są tak małe, że
stoją na tych większych, a inne są tak duże, że sięgają aż do potężnego
sufitu.
Nawet nie mam gdzie się schować!, myślę. Zresztą… po co mam
się chować? Przecież to sen, tak czy siak nikt mi nic nie zrobi. A nawet jeśli,
to obudzę się z krzykiem.
Z końca korytarza, który ciągnie się jeszcze daleko przede
mną i za mną, dochodzi szczęk kluczy. Ktoś otwiera duże masywne drzwi i idzie w
moją stronę.
Zaciskam pięści i próbuję opanować drżenie ciała. Kiedy z
mroku wyłania się blond czupryna i zaskoczone spojrzenie Maxa wybucham jeszcze
głośniejszym śmiechem niż poprzednio.
- No nie wierzę! – mówię przez śmiech. – Po prostu nie do
wiary!
Maxowi nie jest do śmiechu, bo patrzy na mnie z powagą w
oczach.
- Lynn? Wszystko w porządku? Nie zbliżaj się do klatek! –
ostrzega mnie.
Moje myśli błądzą wokół Maxa i mamy, ale jednak uświadamiam
sobie coś bardzo ważnego.
- Czekaj… Te postacie… one są uwięzione, prawda? Te klatki
to dla nich więzienie! – celuję palcem w chłopaka i zaczynam się śmiać.
- Ty coś jarałaś? – pyta mnie z drapieżnym błyskiem w oku. To
już nasz taki prywatny żarcik.
- Dlaczego wszędzie pojawiasz się ty? Nawet w moim śnie! –
przybliżam się do niego i dźgam go palcem w klatkę piersiową.
- Nie śnisz.
- Oczywiście, że śnię, idioto. Nie wymyśliłam sobie tego
wszystkiego, a już szczególnie nie wymyślałabym ciebie.
- W takim razie, skoro uważasz, że śnisz, to dlaczego
wszystko jest takie realne? – Max przechyla głową i patrzy na mnie z
rozbawieniem w oczach.
- Bo niektóre sny są bardzo realne. – odpowiadam bez
namysłu.
- Sny są zamazane, dzieją się w nich rzeczy niemożliwe, ale
przede wszystkim są wytworem naszej wyobraźni… No i nie możemy przenieść czegoś
do rzeczywistości. Dlatego masz – wciąga w moją stronę rękę – weź to na dowód
tego, że to nie sen. Oddasz mi w szkole.
Niechętnie biorę przedmiot. Obracam go w dłoniach i
zauważam, że to jakiś ząb. Marszczę brwi i staram się zatuszować moje
obrzydzenie. Mimo tego, Max je zauważa.
- Tak, to ząb. – pochyla się w moją stronę i szepcze mi
prosto do ucha: – Wampira.
Patrzę na niego z niedowierzaniem. Znowu robi sobie ze mnie
jaja! Jeszcze bardziej wzbudza moją niechęć, a potem się dziwi, że go unikam.
- Dobranoc, Lynn – jego oddech łaskoczący mnie po policzku
to ostatnie co czuję, bo ponownie zalewa mnie czerń.
Dźwięk oznaczający “wstawaj, śmierdzący leniu” głośno daje
do zrozumienia, że już od kilkunastu minut powinnam krzątać się po kuchni. Mimo
to, nadal leżę i ignoruję budzik. W końcu poddaję się i wstaję z łóżka, a szatańskim
urządzeniem rzucam o podłogę.
- Dzień dobry, Lynn. – wita mnie ciotka Bridget, kiedy
wchodzę do kuchni. Jej obecność nikogo nie dziwi, bywa tutaj coraz częściej i
wcześniej.
Odpowiadam westchnieniem.
- Ciociu, często śnią ci się twoi znajomi? – pytam i siadam
przy stole. Palcami kreślę niewidzialne zawijasy na ciemnym stole.
Rude włosy przestają podskakiwać. Ciotka znieruchomiała.
Odwraca się do mnie i opiera ręce na stole. Zaczyna stukać długim, czerwonym
paznokciem w blat.
- Bardzo rzadko cokolwiek mi się śni. – mówi powoli i
wyraźnie.
- Dlaczego?
- Bo rzadko sypiam. – mówi i uśmiecha się znacząco.
Od razu łapię o co jej chodzi, więc nie pytam o nic więcej.
Po zjedzonym śniadaniu czuję się zadowolona i lubiana przez
życie. Wkraczam do pokoju dziarskim krokiem i dopadam torby. Pakuję do niej
potrzebne mi książki oraz kilka długopisów. Kiedy uświadamiam sobie, że
wykorzystałam całe moje oszczędności na prezent dla taty – z okazji
jutrzejszych urodzin – cały czar pryska i czuję, jakby życie mocno kopnęło mnie
w plecy. Dobija mnie fakt, że obiecałam Annabeth dołożyć się do paliwa, bo w końcu
na moje potrzeby też trochę leci. Cały czas gdzieś mnie wozi. Co z tego, że
często zabieram się z nią przy okazji. Mam się dokładać, i już.
Jednak kiedy mój mózg podsuwa mi pomysł o pracy
zaproponowanej przez przyjaciółkę czuję, że dopiero teraz całkiem leżę. Nie
mogę odrzucić tej oferty, Ann załatwiła mi pracę – zbędne pieniądze mile
widziane – więc grzechem byłoby nie skorzystać. Przedtem nie myślałam o tym na
serio, dopiero odczuwalny brak funduszy na cokolwiek popchnął mnie w tę stronę.
No i dobrze, kilka dodatkowych groszy nie zaszkodzi, przecież zawsze wyrabiam
się z pracą domową, nawet jeśli idę na spotkanie grupy razem z Percy’m albo na
zakupy, jako osoba towarzysząca. Tylko że będę musiała zrezygnować z rozrywek.
To nic. Nigdy nie byłam specjalnie towarzyska.
Zamglonym wzrokiem wpatruję się w zegarek i dopiero teraz
zauważam, że już dawno powinnam wyjść. Miałam spotkać się z Ann przed lekcjami,
ale chyba nic z tego nie wyjdzie.
Pospiesznie zarzucam na siebie wczorajsze ubranie,
skudłacone włosy wiążę w nisko upięty koński ogon i szybko ścielę łóżko. Mama
zawsze tego pilnowała, jestem więc jej wdzięczna, że to już mój codzienny
nawyk.
Gładząc kołdrę natrafiam na coś ostrego. Wzdycham w duchu z
niecierpliwością.
Pewnie kolejna resztka wieczornej przekąski. Odwijam kołdrę
i na początku uważnie przyglądam się znalezisku. Potem biorę je do ręki i
zaczynam obracać w palcach. Półtora centymetra, jedna końcówka mocno
zaostrzona, cały przedmiot biały.
Dopiero po chwili uświadamiam sobie co to jest i skąd się
wzięło w moim łóżku.
To wampirzy ząb.
- Miałyśmy spotkać się przed lekcjami, nie po! Mylą ci się
godziny, czy jak? Czy ty w ogóle kiedykolwiek spojrzałaś na zegarek? – narzeka
Ann. – To takie urządzenie pokazujące godzinę!
- Przepraszam, no! Rano trochę się zamyśliłam i straciłam
poczucie czasu. – wnoszę oczy ku górze. Nie zdążyłam spotkać się z nią rano,
więc spotkałam się po lekcjach – co za różnica?! Wiedziałam, że będzie siedzieć
w kawiarence „Rogalik Barley’a”. W każdy piątek przychodzi tutaj po lekcjach.
- Jaaaasne. To się nazywa Niekontrolowany Napad Snu. Albo
zaspałaś albo zasnęłaś jedząc śniadanie. – wzrusza ramionami przyjaciółka - O
mój Boże, głowa wpadła ci do miski? Podobno mleko dobrze działa na cerę. Nie
zmoczyłaś sobie włosów? Swoją drogą, kiedy ty ostatnio używałaś szczotki?
Posiadasz jeszcze taki magiczny przedmiot?
- Annabeth, naprawdę. Zamyśliłam się. Głowa nie wpadła mi do
miski. – zapewniam ją.
- Więc nad czym tak myślałaś, Sokratesie?
- Chyba przyjmę tę pracę, co mi załatwiłaś. – wzdycham.
- No wiadomo! Miałaś zamiar odrzucić tę niezwykle kuszącą
ofertę? Dziękuj mi na kolanach, bo musiałam zaświecić cyckami przed Jerrym.
- Słucham?
- Tym razem znowu podziałało – ignoruje mnie - opłacało się
ćwiczyć na panu Vito. Teraz mogę wykorzystywać tę umiejętność do podlejszych
celów. – uśmiecha się szeroko.
- Annabeth!
- Powinnaś mi całować stopy! Wiesz, ile chętnych było na tę
pracę? Tylko dzięki mnie otrzymałaś ją ty. Na tym zadupiu ciężko znaleźć dobrą
harówkę.
- Nie mieszkamy na zadupiu.
- Jedź do Londynu i wróć tutaj – przyjaciółka upija łyk kawy
z małej filiżanki – To j e s t zadupie.
- Zanim ci podziękuję, co to właściwie za praca? – pytam
podejrzliwie. Wszędzie musi być jakiś haczyk.
- W knajpce. – odpowiada wymijająco.
- A co dokładnie miałabym robić? Chyba nie tańczyć nago?
- Nie, no co ty. Taką pracę to sama bym wzięła. Będziesz
kelnerką – wzrusza ramionami Ann.
- Kelnerką? To wszystko wydaje się zbyt piękne.
- Ale jest prawdziwe. Ja ci to załatwiłam, więc będzie cacy.
Musisz tylko tam pójść i obgadać szczegóły. Najlepiej dzisiaj – podkreśla.
- Jasne, pójdę tam potem. Było coś zadane z matmy? – macham
sobie długopisem przed nosem i marszczę brwi. Cała strona w moim podręcznym
notesiku jest pusta, co znaczy, że nie słuchałam na lekcjach. Nie zapisałam
zadania domowego. Będę musiała podzwonić tu i ówdzie.
- Najlepiej gdybyś poszła
t e r a z.
- Dlaczego teraz? – unoszę głowę znad notesika.
- Jerry mówił, że wieczorami jest mnóstwo klientów. W piątki
są tłoki, więc nie będzie jak normalnie porozmawiać. Mogę cię podwieźć, pójdę
do sklepu kilka metrów dalej. Danny dał ci cynk, że specjalnym klientom sprzedają bluzki z nowej kolekcji – która ma wejść dopiero za tydzień,
rozumiesz, za tydzień! Kurde, szkoda, że nie włożyłam tej niebieskiej bluzki.
Ma większy dekolt. Mam nadzieję, że sprzedawca będzie facetem. Myślisz, że...
Przestaję słuchać przyjaciółki, a moje myśli zaczynają
krążyć wokół nowej pracy. Wszystko jest takie idealnie podejrzane. Dobra
knajpa, dobre zarobki, ale coś musi być nie tak, skoro Ann nie wzięła tej
roboty. Da niej liczy się każdy pieniądz. Wszystko wydaje na ciuchy. Może
chodzi o jej reputację? Nie chce wyjawić, skąd bierze forsę na nowe nabytki, a
może się wstydzi?
- Hej, Ann, skoro ta praca jest taka idealna, czemu ty jej
nie wzięłaś? – przerywam nagle.
Uważnie mi się przypatruje, chyba z lekkim zdziwieniem w
oczach. Pewnie myślała, że na to nie wpadnę.
- Nie mam czasu. Ani chęci. Jestem leniwa. Wolę zarobić kasę
na czarno, nie chcę przeciętnej roboty. Kelnerka? Błagam cię, czy ja wyglądam
na kelnerkę? Poza tym niebieski fartuszek źle komponowałby się z moimi włosami,
brzydko bym w nim wyglądała…
- A jak nazywa się ta knajpka? – rzucam nagle.
- Co? Eee, a bo ja wiem? Może Ser papierosy? Jakoś tak… a
może Ser fajki? – to oczywiste, że wymiguje się z odpowiedzią. I pewnie to
jest powodem, dla którego ona nie wzięła tej pracy.
I nagle do mnie dociera.
- Serpentino.
- Dlaczego akurat ta knajpa?! Dlaczego?!
- Oj, przecież możesz założyć perukę i nikt cię nie pozna!
- Serpentino to najgorsza i najniebezpieczniejsza knajpa w
naszym mieście. Zabito tam cztery osoby w ciągu roku. Codziennie dochodzi do
bójek i gwałtów. A ty chcesz, żebym tam pracowała?! – wybucham. Więc to jest
powód, dla którego Ann nie zagarnęła tej roboty dla siebie! Pracują tam tylko
dziewczyny nie mające wyboru i napakowane osiłki z wytatuowanymi półnagimi
kobietami na bicepsach.
- Ostatnio już się przestali prać po mordach. Jak już, to
tylko nocami. A ty pracowałabyś popołudniu i może trochę wieczorem – macha mi
łyżeczką deserową przed twarzą.
- Swoją drogą, jak Jerry mi to załatwił? Przecież tam nie
pracuje – myślę głośno.
- No tak, ale jego wujek jest tam barmanem. Szukali kelnerki
i ją dostali. Seksowną kelnerkę – przeciąga sylaby w ostatnim zdaniu.
- Specjalne bonusy tylko u nas – mówię sarkastycznie – Na
pewno była cała lista chętnych na tę pracę! Podła kłamczucha.
- Jakoś musiałam cię zmotywować, leniwy cieciu – odparowuje.
- Dobra, zbieram się.
Pójdę zobaczyć tę niewyobrażalnie bezpieczną knajpkę, w której wcale nie przesiadują
same zbiry i bandziory – wstaję i ubieram kurtkę.
Piętnaście minut później niezdecydowana stoję przed zapadłym
lokalem w głębi budynku. Wąska i mroczna uliczka między dwoma kamienicami
prowadzi do otwartych drzwi knajpki. Z daleka widzę duży szyld z napisem
„Serpentino”, który migocze na niebiesko i zielono, choć na dworze nadal jasno.
Budynek, w którym mieści się lokal, zbudowany jest z czerwonej cegły. W wielu
miejscach wszystko się kruszy i odpada, ale nikt tego nie naprawia. Nadaje to charakteru
niebezpiecznej dzielnicy, a właściciele lokalu właśnie taką chcą uczynić tę
ulicę. Jakby to było coś fajnego, brr.
Zaciskam pięści i szczelniej opatulam się kurtką. Wchodzę w
ciemną uliczkę i popycham szklane drzwi w metalowej oprawie.
Od razu uderza we mnie podmuch dusznego powietrza
przepełnionego dymem papierosowym i odorem alkoholu. Chyba nie wytrzymam tutaj
długo.
Pomieszczenie zapełnione jest stolikami i czarnymi
krzesłami. W rogu stoi podniszczona kanapa, na której siedzi dwóch palaczy i zawzięcie
o czymś dyskutuje. Po mojej prawej znudzony barman stoi za ladą i poleruje
kieliszki na wódkę. Ściany przyozdabiają stare fotografie gangu motocyklistów, wiatrak
głośno daje o sobie znać. Na samym końcu sali widzę stół bilardowy, o który
niedbale opiera się starszy mężczyzna i sączy piwo z butelki.
Podchodzę do baru i kładę ręce na ladę.
- Dzień dobry, ja w sprawie…
- Lorcana nie ma. I nie będzie – przerywa mi napakowany,
łysy facet z wielkimi bicepsami. Typowo, ma na nich wytatuowane róże i półnagie
kobiety. Małe, szkarłatne oczy przesuwają się po mnie powoli, aż w końcu
docierają do twarzy. Mężczyzna wlepia we mnie swoje ślepia i zaczyna polerować
duży kufel.
- Ja… ja chyba nie do… Lorcana. Ja w sprawie pracy. –
wyjaśniam szybko.
- Pracy? A co miałabyś tu robić, cukiereczku? Striptizerki
są już w komplecie.
Striptizerki?
- Co? Nie, ja...
- Och, czy ty jesteś Lynn? – przerywa mi ciepły głos
dobiegający zza mnie. Odwracam się i moim oczom ukazuje się wysoki mężczyzna w
czarnym garniturze. Włosy niedbale zaczesał do tyłu. Jego ciemne oczy wpatrują
się we mnie uporczywie.
- Tak, ja jestem Lynn. Macie tu striptizerki? To miała być
zwykła…
- Och, tak. Mamy tu szeroki wybór rozrywek. Bilard, karty.
Można też pooglądać interesujące kobiety… Ty chyba jednak nie nadajesz się na
rozrywkę… - palcem wskazuje na mnie.
- Miałam tutaj pracować jako kelnerka – marszczę czoło.
- Owszem. I będziesz pracować – łapie mnie pod rękę – Chodź,
oprowadzę cię po moich skromnych progach.
- Nazywam się Sedric Malone i prowadzę tę knajpkę. Pewnie
zastanawiasz się kim jest Lorcan? To właściciel Serpentino. Rzadko tutaj
bywa, a mimo to zlatuje się tu pełno ludzi o niego pytających – uśmiecha się
zalotnie.
- Ty… to znaczy, Pan… jest prowadzącym klubu, a Lorcan
właścicielem? – próbuję zrozumieć.
- To jego lokal, ale ponieważ ma ważniejsze rzeczy na
głowie, ja tutaj dowodzę. Mam nadzieję, że Carney cię nie przestraszył? Wygląda
groźnie, aby odstraszać natrętne muchy – wykonuje gest ręką, jakby odpędzał
komara. Chwila, skoro wujek Jerry’ego pracuje tu jako barman, to znaczy, że…
Carney jest jego wujkiem?
- Właściwie, to od kiedy mogłabym zacząć?
- Jeśli chcesz, możesz nawet teraz. Pracowałaś kiedyś jako
kelnerka?
Przecząco kręcę głową.
- To nic. Szybko się nauczysz. Vanessa ci pomoże – uśmiecha
się.- Mów do niej Shellow, nie lubi swojego imienia. Jest bardzo wredna i
oschła, ale pomocna – dopowiada szeptem i popycha mnie ku drzwiom z napisem
„DLA PERSONELU”.
Na początku nie widzę nic, dopiero potem moje oczy
przyzwyczajają się do blasku lamp i świec. Idąc przez korytarze moje oczy
widziały tylko ciemność. Nie było tam żadnych lamp, więc szłam po omacku. A
tutaj nagle dostaję po oczach.
- Ty jesteś ta Lassie? – jakaś dziewczyna brodą wskazuje na
mnie. Ma na sobie luźny, krótki podkoszulek, który odsłania jej wszystko i
właściwie mogłaby go w ogóle nie mieć. Jej ręce przyozdabiają tatuaże i skórzane
bransoletki. Ma czerwone włosy przystrzyżone na pazia, a w nie wplecione różne
czarne wstążki i spinki z czaszkami. W dłoni trzyma lizaka, którym cały czas
wymachuje.
- Lynn – poprawiam ją.
- Jasne, Lassie – celowo przedłuża sylaby imienia. Jej
zielone oczy przelatują mnie na wylot, czuję, jakby znała już wszystkie moje
sekrety. Przerażają mnie te jej kolczyki, w nosie, nad brwią i w uszach. Ma je
dosłownie wszędzie. - Jesteś tu świeżym mięskiem, ale nie licz, że ktoś będzie
się nad tobą litował – pociera powiekę i rozmazuje sobie mocny, niebieski cień.
Klnie pod nosem, zauważając swoją gafę.
- Jasne, Vanesso. – odgryzam się. Dziewczyna unosi głowę i
syczy:
- Coś ty powiedziała?
- Ale o co ci chodzi, Vanesso?
Dwoma wielkimi susami dopada mnie i przyciska do ściany.
- Słuchaj, mała. To, że jesteś tutaj nowa, nie znaczy, że
będziesz traktowana specjalnie. Masz pracować. A podpadając mi, nie popracujesz
tutaj długo. Zamienię twoje życie w piekło – warczy mi do ucha. Jej oddech
cuchnący piwem i balonową gumą do żucia, łaskocze mnie po policzku.
- Dobra, rozumiem.
- I nigdy nie mów do mnie Vanesso. Jestem Shellow. A teraz idź
się przebrać. – puszcza mnie i podchodzi do obdrapanego fotela. Bierze z niego
jakąś małą szmatkę i rzuca we mnie. Unosi brwi i wychodzi z pomieszczenia.
Kładę torbę na podłodze i uważnie oglądam pokój. Jest niewielkich rozmiarów,
znajduje się tu duża kanapa stojąca pod ścianą i fotel. Oba mocno zniszczone. W
kącie stoi stolik, na którym leżą różne papiery i puste butelki po piwie. Na
ścianie, obok drzwi, wisi duże lustro.
Z niechęcią ściągam z siebie ubranie, jakbym nie mogła
pracować w moich ciuchach. Wkładam moje robocze wdzianko i z przerażeniem
stwierdzam, że jest bardzo skąpe. Niebieska spódniczka sięga uda i ledwo
zasłania majtki. Natomiast bluzeczka odsłania cały brzuch, nie wspomnę o dekolcie.
Ujmując w jedno zdanie: cała moja bielizna jest na wierzchu.
Jak ja mam w tym pracować?!
Wypadam z pokoju dla personelu i widzę Vanessę opierającą
się o ścianę.
- Co to ma być?! –
wybucham.
- Twoje ubranie robocze. Niestety nie mamy większego
rozmiaru, twoja poprzedniczka była o połowę niższa – mówi z udawanym smutkiem. –
A teraz wypad na salę, goście zaczynają się schodzić. Nie ma wielkiego wyboru,
zazwyczaj biorą frytki, hamburgera i piwo. A jeśli ktoś będzie bardzo
wymagający, zapisz sobie w notesie. – klepie się po biodrze. Sięgam do
kieszonki i wyjmuję mały notesik oprawiony w niebieski papier. Przyczepiony
jest do niego również mały ołówek.
- Jak mam w tym pracować? – spoglądam na moje „ubranie
robocze”.
- Normalnie. Odsłoń coś przed klientem, to da duży napiwek.
- A ty?
- Ja? Ja jestem barmanką, słoneczko. A teraz idź, dzisiaj
pracujesz z Hazel.
Przechadzam się pomiędzy stolikami i próbuję naciągnąć skąpą
spódniczkę i bluzkę. Niestety, nic z tego. Wielu zboczonych gości uważnie mi
się przygląda i mam wrażenie, jakby w ich głowach już układał się plan
porwania, albo co gorzej, gwałtu.
Hazel okazuje się sympatyczną dwudziestoparolatką, z rudymi
włosami. Jest ode mnie o wiele niższa, więc obiecuje zamienić się „mundurkami”.
Zgrałyśmy się i nawet może zaprzyjaźniłyśmy, więc mam nadzieję, że będę z nią
zawsze pracować.
Robota mija mi szybko, paru napalonych facetów próbuje się
do mnie dobierać, ale osiłkowaty ochroniarz Bill od razu upomina ich grzecznie,
że striptizerki udostępniają dopiero po jedenastej, a ja na szczęście kończę
pracę o dziewiątej. Dzisiaj akurat wcześniej, by obgadać z Sedricem parę
rzeczy.
Pracuję w każdy wtorek, piątek i sobotę. Okay. Od piątej do
dziewiątej. Okay. Co do zarobków – zależy ile będzie klientów. Nie okay. Kiedy
dostaję napiwek, biorę go dla siebie. Okay. Będę pracować na zmianę z Hazel i Dorotheą.
A może tylko z Hazel? No dobra, tylko z Hazel. Okay.
Po rozmowie z Sedricem jestem wykończona. Wszystkim.
W sumie zebrałam dzisiaj ponad dwadzieścia dolców napiwków. To pewnie dlatego, że nic nie odsłaniałam, jak radziła mi Vanessa.
Wychodzę z biura i niezauważona wchodzę do pokoju dla
personelu. Nikogo tam nie ma, więc szybko narzucam na siebie moje ubrania, a
mundurek chowam w małej szafce. Zdzieram nalepkę z imieniem „Flea” i naklejam
nową – „Lynn”. Szafkę zamykam kluczykiem i wkładam go do kieszeni.
Wychodzę z pomieszczenia i próbuję przedostać się do drzwi
wyjściowych. Jestem już przy barze, kiedy znajoma twarz miga mi przed oczami.
Momentalnie się zatrzymuję i rozglądam wokół. Nieruchomieję. Odwracam się w
stronę baru i widzę siedzącego na stołku… Tobiasa.
-------------
Witam!
Tak dawno mnie tutaj nie było, ale dzisiaj wrzucam wam nowy rozdział, świeżutki, przed chwilą skończyłam pisać. Ponownie nie mogę powiedzieć, kiedy będzie kolejny rozdział, wybaczcie :c
I dziękuję za prawie 900 wyświetleń! Mam nadzieję, że pod postami zacznie pojawiać się więcej komentarzy.
Miłego wieczoru,
Primrose.
Uwielbiam ten rozdział <3 tak jak każdy poprzedni <3
OdpowiedzUsuńZaintrygował mnie wąż z opaską na oczach... i Tobias. I Max. I wszyscy, kurde!
Podoba mi się wątek z barem :P
Czekam na nn
Jestem tutaj od niedawna, ale bardzo mi się podoba. Czekam na nn :-) połamania pióra. Furt
OdpowiedzUsuńWitam :)
OdpowiedzUsuńNie wiem, czy kojarzysz największego upierdliwca z HGWDNP, ale oto ja!
Ładny, płynny styl pisania. Postacie- tu gorzej. Niejasne, mało zróżnicowane :/ Główna bohaterka trochę mi Mery Sue zalatuje. Jest dużo opisów i za to ogromny plus, ale nie ma żadnych po prostu określonych uczuć, tylko do odczytania poprzez gesty. Fabuła obyczajowa nie powala, klasyk nad klasykami, małe miasteczko, wyuzda przyjaciółka, trójkącik miłosny (nie ma, ale go węszę) półsierotka... Za to wątek fantasy... Umm :3 tylko jakoś go mało o.O Jedna gafa tylko w nim jest- Tobias Raven... Nie, nikt nie skojarzy tego z ostrzeżeni przed krukami xD Nie wprowadzałabym na twoim miejscu tak dużo z obyczaju, bo zrobi się bałagan.
Dobra, to było chaotyczne, ale mam nadzieję, że mi wybaczysz ze względu na późną porę.
~Eller
P.S. Zbyt. Dużo. Cudzych. Książek. W. Tej. Historii. ;-;
Główna bohaterka ma wiele wad, które najwidoczniej tylko ja widzę. Jak dla mnie Lynn nie jest idealna, no ale dzięki za spostrzeżenie :) Trójkącika miłosnego nie będzie, bo osobiście sama ich nie trawię. Nic więcej nie zdradzę, bo nie chcę psuć niespodzianki :) A co do wątku fantasy - nad wszystkim pracuję, muszę tylko sobie to poukładać, aby nie wyszła z tego brzydka papka. Raven - o to chodziło, żeby ludzie od razu zauważyli jego nazwisko, ale z tego co wiem, to jesteś pierwsza XDD Nie chcę aby była to typowa opowieść fantasy, dlatego wprowadziłam dużo wątków obyczajowych.
UsuńCudzych książek? Np. jakich? Bo szczerze, to wymyślając fabułę i bohaterów nie wzorowałam się na żadnej postaci, może tylko Annabeth upodobniłam do Vee Sky z "Szeptem".
Primrose.
Przeczytałam wszystkie rozdziały i czas na... NOMINACJĘ TWOJEGO BLOGA DO LBA!
OdpowiedzUsuńWięcej na: http://krainaeventy.blogspot.com/2014/03/lba-do-trzech-razy-sztuka.html
Pozdrawiam
Kumpel
Hej!
OdpowiedzUsuńJestem po raz pierwszy na tym blogu, ale przyznam, że mnie zaintrygował ( a chyba jak na razie najbardziej tytuł, jako, że uwielbiam wszystko, co jest związane z czasem i innymi wymiarami :-] ).
Co do bohaterów : moim ulubionym jest na razie chyba Max, chociaż Lynn też jest całkiem ciekawa. Cieszyłabym się również, gdybyś dodała troszkę więcej scen z Perc'ym.
Czekam z niecierpliwością na nn i mam nadzieję, że już w niej się coś trochę wyjaśni, bo doprawdy już wytrzymać nie mogę :-P
A ja najbardziej polubiłam Lynn, wydaje mi się zarówna sympatyczna, jak i intrygująca (a tego przecież oczekujemy po bohaterkach, prawda?). ;)
OdpowiedzUsuń